Ewelina Krupa – „Gdy nie skaczę, muszę grać! Kiedy nie gram… skaczę!” [WENUS]

Projekt „WENUS” to seria autorskich edytoriali, sesji zdjęciowych, klipów oraz wywiadów, poświęconych kobietom. Idea? 12 przedsiębiorczych i absolutnie wyjątkowych kobiet, które stają przed naszym obiektywem. Przed Wami Ewelina Krupa. Gdybyśmy nasze spotkanie mili opisać jednym słowem to byłaby to Adrenalina! Na scenie opowiada emocje za pomocą skrzypiec, poza nią odnajduje je kilka tysięcy metrów nad ziemią.
Absolwentka Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, skrzypaczka, kompozytorka i producentka. Od lat porusza się między światem muzyki klasycznej a nowoczesnym brzmieniem, koncertując na całym świecie. Kiedy nie tworzy muzyki, skacze ze spadochronem. W jej świecie precyzja spotyka wolność, a cisza przed pierwszym dźwiękiem przypomina tę tuż przed wyskokiem z samolotu. Urzekła nas od pierwszych minut, zmusiła do biegania z aparatem, a na koniec zaprosiła na pierogi! Poznajcie ją bliżej…



Muzyka wymaga precyzji, ale życie często wymyka się zapisanym nutom. W codziennym życiu wolisz planować i analizować, czy słuchasz intuicji?
Szczerze mówiąc, nie do końca wierzę w coś takiego jak intuicja. Często mam wrażenie, że tym słowem określamy po prostu doświadczenie, które zgromadziliśmy przez lata, nawet jeśli nie zawsze jesteśmy tego świadomi. W codziennym życiu zdecydowanie wolę planować, analizować już trochę mniej. Lubię mieć plan, ale jeszcze bardziej lubię mieć plan awaryjny. Staram się organizować swoje życie w taki sposób, żeby zmiana planu była częścią planu. Przy moim trybie pracy jest to wręcz konieczność.
Z drugiej strony nauczyłam się, że nie wszystko da się przewidzieć. Można przygotować się najlepiej, jak się potrafi, a potem życie i tak dopisze własny scenariusz. Wtedy nie pomaga ani analiza, ani rozpisywanie kolejnych wariantów – pomaga elastyczność i umiejętność dostosowania się. Paradoksalnie właśnie muzyka mnie tego nauczyła. Nuty są zapisane bardzo precyzyjnie, ale koncert nigdy nie przebiega dwa razy dokładnie tak samo. Nie ma dwóch identycznych wykonań. Dlatego chyba najlepiej odnajduję się gdzieś pomiędzy planowaniem a improwizacją.
Jaką melodię ma najczęściej Twój dzień? Spokojne adagio, jazzową improwizację czy może coś zupełnie nieoczywistego?
Raczej nie dałabym się zamknąć w jednym tempie. Jednego dnia jest allegro, drugiego adagio, a czasem wszystko dzieje się jednocześnie. Zresztą muzyka od dawna pokazuje nam, że kontrast jest czymś naturalnym. Weźmy choćby klasyczny koncert Mozarta – szybka część pierwsza, spokojniejsza druga i znów energetyczny finał. Napięcie i odpoczynek nie są swoimi przeciwieństwami, tylko wzajemnie się uzupełniają. Myślę, że podobnie jest w życiu.
Bardzo cenimy produktywność, ciągły ruch i działanie, ale bez momentów wyciszenia trudno utrzymać tempo na dłuższą metę. Dlatego najbardziej odpowiada mi właśnie równowaga między jednym a drugim. Nie staram się żyć cały czas w allegro. Wolę dbać o to, żeby moje adagio pojawiało się we właściwym momencie.



Grasz na skrzypcach zawodowo… to statement i komplement zarazem, ale czy możesz nam powiedzieć, czego skrzypce nauczyły Cię o kobiecości?
Skrzypce same w sobie nie nauczyły mnie wiele o kobiecości, ale życie w tym zawodzie już zdecydowanie tak. Tylko najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: czym właściwie jest kobiecość? Tradycyjnie za kobiece uznaje się takie cechy jak wdzięk, łagodność, empatia, pokora czy wrażliwość. Problem polega na tym, że definicje kobiecości zmieniały się na przestrzeni lat i różnią się w zależności od kultury, społeczeństwa czy nawet konkretnej osoby. Dlatego nie jestem przekonana, że istnieje jedna uniwersalna odpowiedź na to pytanie. Dla jednych kobiecość będą definiować sukienki i szpilki, dla innych macierzyństwo, a dla jeszcze innych niezależność, odwaga czy samodzielność. Wydaje mi się, że współcześnie coraz mniej chodzi o spełnianie czyichś wyobrażeń, a coraz bardziej o możliwość bycia sobą.
Czyli są konkretne cechy, których wymaga zawód muzyka?
Praca muzyka nauczyła mnie dwóch rzeczy: cierpliwości i konsekwencji. To absolutna podstawa gry na skrzypcach. Prędzej czy później każdy usłyszy, że jest za mało zdolny, za mało muzykalny, za mało pracowity albo że powinien grać tak jak ktoś inny. Jeśli jednak konsekwentnie robi się swoje, po czasie okazuje się, że jedyną osobą, z którą naprawdę warto się porównywać, jest się samemu ze sobą sprzed kilku lat. Cytując klasyka: mając miękkie serce, trzeba mieć twardy tyłek. A jeśli mamy, choć podstawową wiedzę z matematyki, to w tym zawodzie warto pamiętać, że najlepiej liczyć przede wszystkim na siebie. Nie dlatego, że nie można ufać ludziom, ale dlatego, że odpowiedzialność za własny rozwój i własną drogę ostatecznie zawsze spoczywa na nas samych. Może właśnie tego nauczyła mnie muzyka najbardziej – żeby być jednocześnie wrażliwą i odporną.


Jest taki moment, tuż przed wejściem na scenę, kiedy wszystko na chwilę zamiera. Co wtedy dzieje się w Tobie?
To, że wszystko zamiera tuż przed wyjściem na scenę, jest według mnie trochę mitem. Czas nie zwalnia, świat się nie zatrzymuje, a publiczność nie znika. Dzieje się natomiast coś innego – zawęża się perspektywa. Przestaję myśleć o rzeczach, które nie mają znaczenia. O mailach, lotach, korkach, terminach czy codziennych problemach. Zostaje tylko zadanie do wykonania i pełna koncentracja na tym, co wydarzy się za chwilę. Oczywiście pojawia się adrenalina. I bardzo dobrze! Przez lata nauczyłam się traktować ją nie jako przeszkodę, ale jako narzędzie. Myślę, że po setkach koncertów największą zmianą nie jest to, że trema znika. Ona nie znika. Po prostu uczysz się z nią współpracować.
Co ciekawe, nie zawsze tak było. Zanim zaczęłam skakać ze spadochronem, potrafiłam przeżywać wręcz paraliżujący stres przed wyjściem na scenę. Bałam się, że się pomylę, że ktoś będzie mnie oceniał, że jeśli coś nie wyjdzie idealnie, to będzie koniec świata. Skoki spadochronowe bardzo zmieniły moje podejście do stresu. Do dziś przed każdym skokiem czuję respekt, adrenalinę i ten charakterystyczny ścisk w żołądku. Nauczyły mnie jednak, że odwaga nie polega na braku strachu, tylko na działaniu pomimo niego.
Dzięki temu zrozumiałam, że stres sam w sobie nie jest problemem. Problemem jest dopiero pozwolenie, żeby nas zatrzymał. Dzisiaj, kiedy wychodzę na scenę, patrzę na to zupełnie inaczej niż kiedyś. Jeśli potrafię otworzyć drzwi samolotu kilka tysięcy metrów nad ziemią i zrobić krok w nieznane, to wyjście na scenę jest przecież samą przyjemnością! A co jeśli się pomylę? Trudno. Przynajmniej będzie wiadomo, że gram na żywo. Mylić się jest rzeczą ludzką, a muzyka nie polega na byciu idealnym. Polega na przekazywaniu emocji.


Czy energia koncertu bardziej płynie od publiczności do artysty, czy od artysty do publiczności? Jak według Ciebie wygląda ten niewidzialny dialog?
Myślę, że na początku zawsze od artysty do publiczności. Wielokrotnie miałam okazję grać dla bardzo różnych odbiorców – od sal koncertowych, przez eventy, aż po festiwale i kluby. I nieraz przekonałam się, że nawet najbardziej powściągliwa czy „trudna” publiczność potrafi otworzyć się na muzykę, jeśli dostanie odpowiedni impuls ze sceny.
Ludzie często myślą, że energia publiczności jest czymś, co po prostu jest albo jej nie ma. Ja patrzę na to trochę inaczej. Energia publiczności bardzo często jest odpowiedzią na energię artysty. Jeżeli wychodzę na scenę z zaangażowaniem, radością i przekonaniem do tego, co robię, to publiczność to wyczuje. Nawet jeśli nie od razu reaguje. A kiedy zaczyna reagować, tworzy się pewnego rodzaju sprzężenie zwrotne – ja daję energię ludziom, oni oddają ją mnie, a ja oddaję ją z powrotem jeszcze mocniej.
To właśnie ten moment sprawia, że każdy koncert jest inny. Nuty mogą być dokładnie te same, ale ludzie nigdy nie są tacy sami. Myślę też, że muzyka jest jednym z niewielu języków, który nie potrzebuje tłumacza. Niezależnie od wieku, narodowości czy poglądów, jesteśmy w stanie przez chwilę przeżywać te same emocje. I właśnie ten niewidzialny dialog między sceną a publicznością jest dla mnie najpiękniejszą częścią koncertów. Bo ostatecznie muzyka nie dzieje się na scenie. Muzyka dzieje się pomiędzy ludźmi.

No to czas na najbardziej szalone wspomnienie z trasy koncertowej…
Mam wrażenie, że moja kariera muzyczna od czasu do czasu robi wszystko, żeby sprawdzić, jak dobrze radzę sobie pod presją. Jedna z takich sytuacji wydarzyła się po koncercie, kiedy wróciłam do hotelu, założyłam stopery do uszu i poszłam spać. Następnego dnia czekał nas lot na kolejny koncert. Sprawdziłam harmonogram, ustawiłam budzik na 8:30 i z pełnym spokojem zasnęłam.
Rano budzę się wypoczęta, zadowolona, że spałam więcej niż 5h, Prysznic, śniadanie, pełen relaks. Schodzę do restauracji i zaczynam się zastanawiać, dlaczego nie widzę nikogo z naszej ekipy. Myślę sobie: „Dziwne, ale może jeszcze śpią”. Spojrzałam na telefon. 48 nieodebranych połączeń.
Okazało się, że wszystko było w porządku. Poza jednym szczegółem. Pomyliłam daty. Wyjazd na lotnisko był o 5:30 rano, a samolot odlatywał o dziewiątej. To był moment, w którym moje spokojne śniadanie zamieniło się w dyscyplinę olimpijską pod tytułem: „Jak dostać się na koncert mimo wszystkich przeciwności losu”. Ostatecznie się udało. Lot z dwoma przesiadkami, ekipa lotniska zaangażowana w dowiezienie mnie pod same schody samolotu. W ostatniej chwili. Oczywiście w całym zamieszaniu zostawiłam jeszcze frakonosz w hotelu, więc koncert zagrałam w ubraniach pożyczonych od kolegów z zespołu.
Druga historia zaczęła się od telefonu podczas rodzinnego obiadu: „Dzień dobry, za ile pani będzie? Wszyscy już czekają na soundcheck.” Problem polegał na tym, że ja nie miałam pojęcia, gdzie miałabym być. Po krótkim śledztwie okazało się, że termin wydarzenia nie tyle wypadł mi z kalendarza, co nigdy do niego nie trafił. Nigdy wcześniej nie spakowałam się tak szybko. Na miejsce dotarłam dosłownie na styk. Od tamtej pory wiem już dwie rzeczy. Po pierwsze: kalendarz to jeden z najważniejszych wynalazków ludzkości i termin zapisuje już podczas rozmowy OD RAZU. Po drugie: większość katastrof wygląda znacznie gorzej w pierwszych pięciu minutach niż po kilku godzinach, a każdy problem można rozwiązać.

Czy są miejsca w Warszawie, które po prostu brzmią i przynoszą Ci spokój?
Pewnie zabrzmi to trochę filozoficznie, ale moim ulubionym miejscem w Warszawie jest moja własna głowa. Kiedyś wydawało mi się, że spokój zależy od miejsca. Dzisiaj wiem, że bardziej zależy od tego, co dzieje się między naszymi uszami. Można siedzieć w najpiękniejszym miejscu świata i być kompletnie zagubionym, a można stać w korku i mieć w sobie pełen spokój.
Przez lata szukałam go w różnych miejscach, okolicznościach i planach na przyszłość. Z czasem zrozumiałam, że spokój nie ma adresu i nie da się go znaleźć na mapie Warszawy. Jeśli nie mamy go w sobie, żadne miejsce nie stworzy go za nas. Oczywiście są miejsca, które lubię i do których chętnie wracam, ale dziś największy komfort daje mi moment, w którym potrafię wyłączyć wewnętrzny hałas i po prostu być tu i teraz.
Może właśnie dlatego tak lubię muzykę. Na scenie, podobnie jak podczas skoku… nie ma miejsca na rozpamiętywanie przeszłości ani martwienie się przyszłością. Jest tylko chwila obecna, pełna koncentracja i emocje. Nie szukam już spokoju na mapie Warszawy. Staram się budować go w sobie. Z różnym skutkiem, ale pracuję nad tym i chyba właśnie tam najczęściej go znajduję.

Co dzisiaj wprawia Twoje życie w ruch? Szukanie nowych dźwięków, emocji czy raczej doświadczeń?
Doświadczanie. Doświadczanie absolutnie wszystkiego. Mam wrażenie, że całe moje życie składa się tak naprawdę z doświadczeń i emocji, które im towarzyszą. Reszta jest trochę przypisami. Lubię próbować nowych rzeczy, poznawać ludzi, podróżować, grać koncerty w miejscach, których wcześniej nie potrafiłabym wskazać na mapie, a czasem po prostu powiedzieć „sprawdzam” i zobaczyć, co się wydarzy.
Nie wszystkie doświadczenia są przyjemne i nie wszystkie kończą się sukcesem, ale z każdego można coś wynieść. A jeśli nie naukę, to przynajmniej dobrą historię do opowiadania. Myślę, że właśnie ciekawość świata najbardziej wprawia dziś moje życie w ruch. Bo kiedy przestajemy być ciekawi, przestajemy się rozwijać.
Zdjęcia: Magazyn The ARQ
„WENUS” – Ewelina Krupa
Miejsce: Warszawa / Praga
→ Skradnij Show z The ARQ!
Kultowe marki są widoczne… Ty też możesz! The ARQ to kuratorski Digital Mag oraz Agencja Storytellingowa, która pomaga markom budować wartość. Tworzymy narracje wizualne, edytoriale, filmy oraz kampanie PR, które pogłębiają więź pomiędzy marką, a jej odbiorcami. Traktujemy komercyjne historie z wrażliwością zarezerwowaną dla sztuki. [Sprawdź!]
"Odbieraj świadomie"
Opowiadamy historie, które prowadzą do sukcesu!
Spodobał Ci się ten artykuł? Udostępnij go!

