Szafran Izerski, czyli nasze polskie złoto!

Jest najdroższą przyprawą świata, posiada niepowtarzalny aromat i kolor. Znamy już od ponad 3000 lat, dodawany był do dań i napitków. Można znaleźć go w Iranie, Chinach, korzystali z niego starożytni Grecy, a nawet Sumerowie. Czy wiecie, że można znaleźć go również w górach Izerskich?

Z królewskich stołów do domowej kuchni

W średniowiecznej Polsce szafran dostępny był tylko dla szlachty i magnatów. W Compendium Ferculorum Stanisława Czarneckiego, czyli pierwszej polskiej książce kucharskiej, możemy znaleźć receptury opiewające w szafran i wiele egzotycznych przypraw. Czerwone nitki były sprowadzane głównie z Hiszpanii, Iranu oraz Włoch, gdzie do dziś jest uprawiany. Dziś jest już dostępny w większości marketów i każdy może sobie pozwolić na szczyptę złota w swojej kuchni.

"Kwiat ze złota"

Szafran to nic innego jak pręciki specjalnej odmiany krokusa. W każdym kwiecie są trzy znamiona słupka. Pręciki zbiera się ręcznie o odpowiedniej porze roku i dnia, następnie suszy się i tak powstaje szafran. Do uzyskania kilogram przyprawy potrzeba zebrać ręcznie pręciki z około 200 000 kwiatów. Stąd też jest to najdroższa wagowo przyprawa na świecie. Od kilku lat produkuje się go również w Polsce. Uprawy szafranu znajdziemy na polach tarasowych Gór Izerskich.

Szafran jest bogaty w wapń, kwas askorbinowy, żelazo i magnez. Nie każdy wie natomiast, że szafran stosuje się w celu poprawy samopoczucia. Gorzki lek najlepiej leczy? Badania dowodzą, że szafran obniża poziom odczuwanego lęku i skutecznie reguluje kortyzol (hormon stresu).

W kuchni jest ceniony za nadający potrawom złoty kolor oraz nietuzinkowym aromat. Już dwie nitki szafranu nadają daniom wyjątkowy smak i niepowtarzalny korzenny zapach. Jego charakterystyczną woń najdziecie m.in we francuskiej bouillabaisse, włoskiej panna cott'cie, a także w hiszpańskiej paelli.

W średniowiecznej Polsce można było znaleźć takie potrawy jak limonata czy limonia, gdzie szafran grał pierwsze skrzypce. Na szczęście, dzięki ciekawości wielu polskich szefów kuchni, możemy na nowo odkryć i zasmakować Polską kuchnię dworów królewskich.

Autor: Paweł Starczewski

PIOTR NYKOWSKI - SPACER MIEJSKI

W wolnych chwilach spaceruję. Jestem zakochany w przestrzeniach miejskich, architekturze oraz w naturze. Od 9 lat mieszkam w Szczecinie, uwielbiam odkrywać te same trasy na nowo. Jestem również Laureatem pierwszej nagrody konkursu fotografii teatralnej organizowanego przez Instytut Teatralny w Warszawie.

PHOTO CREDIT: PIOTR NYKOWSKI
CAMERA: Fujifilm X oraz Nikon Z + 14/24mm


Peugeot 508 Plug-In Hybrid - Kombi luksus z wtyczką!

Na pewno wszyscy zdążyliście zauważyć, że świat pędzi coraz szybciej. Wizerunkowo jest podobnie, szuka się coraz to nowych sposób zwrócenia na siebie uwagi. W motoryzacji jest podobnie, a jeżeli chodzi o markę Peugeot, to widzimy tu już pewien 'pattern'. Marka zmienia się. Przestaje kojarzyć się z dziwnymi projektami, które przewiozą zakupy z punktu A do punktu B. Francuski producent od wielu lat zaskakuje nas nowymi modelami i sam bacznie obserwuje rynek.

508 - Wizytówka firmy!

Peugeot ma w swojej ofercie modele odnoszące sukcesy, ale to właśnie 508 stoi według nas na szczycie. Obecny model II generacji zaprezentowany w 2018 roku w Genewie postawił konkurencję na baczność. Wersja kombi pokazała, że praktyczne auto może być bezkompromisowe i piękne.

Mała ciekawostka... podczas premiery modelu w Polsce byliśmy pierwszymi osobami, które usiadły we wnętrzu nowego 508

Stało się to przypadkiem, ponieważ nie zauważyliśmy, że prezes Peugeot jeszcze kończył przemowę, a ochrona nie zauważyła nas. Ot co! 508 łączy stylistykę coupé, sportowego sedana i kombi w jednym. Znajdziemy tu atletyczną sylwetkę i pełne charakteru akcenty w postaci grilla, świateł do jazdy dziennej przypominających kły oraz tylne światła ukryte pod czarnym szkłem. To wszystko pięknie 'siedzi' szczególnie w białym perłowym kolorze.

W środku... kosmos!

Jest tu nie tylko wygodnie, ale zwyczajnie pięknie. Propozycja kabiny od Peugeot jest tak inna od wszystkich dostępnych na rynku aut, że inżynierom należy się medal za samą odwagę. PEUGEOT i-Cockpit® w kombi klasy premium gwarantuje nam niezapomniane wrażenia, ale i świetną ergonomię. Za każdym razem czuje się dziecięcą satysfakcję, kiedy w codziennym użytkowaniu można korzystać z przycisków skrótowych niczym z kabiny samolotu. A może statku kosmicznego? Nie ma tu tandety i co najważniejsze nie ma tu nudy! Całość dopełniają szlachetne materiały, wysokiej jakości tworzywa, oświetlenie LED i premium audio od FOCAL.

Skórzane fotele z certyfikatem AGR przypadną do gustu każdej istocie ludzkiej, a komfort jazdy największym marudom. Jedyne, co nie do końca współgra z całością to kierownica. Jej kształt wpisuje się w wizjonerski koncept, natomiast jej przyciski nie różnią się niczym od tych z modelu 208. Naszym zdaniem 508 zasługuje na więcej!

Hybryda na dodatek!

Testowany model był wyposażony w układ hybrydowy typu Plug-In. Podstawą układu jest silnik PureTech o mocy 180 KM oraz silnik elektryczny o mocy 110 KM. Łącznie daje nam to 225 KM oraz około 40 km zasięgu w trybie czysto elektrycznym. Jest też nowa, elektrycznie sterowana, automatyczna skrzynia EAT8, której najdelikatniej mówiąc, trzeba się nauczyć.

508 SW w wersji Plug-In to w pewnym sensie nowe urządzenie. Aby w pełni korzystać z układu hybrydowego oraz odzyskiwać maksimum energii, musimy się po prostu przyzwyczaić do jazdy tym zelektryfikowanym kombi

Skrzynia potrafi szarpnąć, ale tylko wtedy kiedy użytkownik udaje, że nie wie, czym jedzie lub zwyczajniej jeździ w sposób nerwowy. Na szczęście Peugeot 508 sprawia, że nie chcemy nim jeździć, jak roadsterem. Jazda jest raczej wyrafinowana, spokojna, natomiast mocy na pewno nam nie zabraknie. Po prostu układ hybrydowy potrzebuje chwilki, żeby przekazać nam moment.

VERDICT

Peugeot 508 SW to z pewnością samochód dojrzały, spełniający obecne normy i jednak po części elektryczny. Wybierając testowany wariant kombi, na pewno nigdy nie będziecie narzekać, że mogliście wybrać coś ładniejszego, ponieważ w tym przypadku Peugeot stoi pewnie na podium. Jeżeli szukacie praktycznego auta, które stylistycznie będzie wyjątkowe, to będzie to idealny wybór.


Czuje i rozumie. Serce posiada własny mózg!

Odwieczny dylemat człowieka od czasów jego powstania. Serce czy rozum? Czym powinniśmy się kierować? Istnieje dobry wybór? Czy jest w ogóle coś takiego jak „myślenie sercem”? Tyle ilu jest ludzi na świecie, tyle jest specyficznych charakterów, dla których słowo priorytet, przypisuje inne wartości. Mówi się, że osoby myślące rozumem są bardziej rozważne, praktyczne, łatwiej jest im coś osiągnąć. Potrafią iść „po trupach do celu” nie zważając na to, co się dzieje dookoła nich. Krótka charakterystyka tych osób brzmiałaby: „zdobywa szczyty, ale w środku jest zimny jak lód”. Natomiast ludzi myślących sercem przedstawia się jako tych wrażliwych, wiecznie „pływających w obłokach”, którzy nie liczą się z konsekwencjami, tylko idą za głosem serca, ponieważ najważniejsze jest dla nich to, żeby żyć w zgodzie z samym sobą i nigdy nie żałować tego, że się czegoś nie zrobiło.

Jak wiadomo, każdy człowiek jest inny i powyżej wspomnianych opisów, nie możemy traktować, jako idealnie wpisujący się wzór, którym będziemy mierzyć napotkane osoby. Jednak takie, a nie inne cechy krystalizowały się przez wiele lat, więc możemy je traktować, jako pewną podpowiedź, odnośnie charakteru danej osoby. A więc czy serce naprawdę uczestniczy w przeżywanych przez nas emocjach?

Neurony serca, drugim mózgiem?

Tematy o połączeniu serca, a odczuwanymi przez nas emocjami, zawsze były chętnie podejmowane przez psychologów, lekarzy czy też ludzi niezwiązanych zawodowo z medycyną ani psychologią. Neurokardiologia to relatywnie nowa dziedzina wiedzy, która bez wątpienia jest niezwykle interesująca, dzięki czemu cały czas utrzymuje się w fazie rozwoju. Wywołany przez stres oraz inne intensywne stany emocjonalne wpływ na nasz układ krążenia, a szczególnie na czynność serca jest nadal, w pełni niezbadanym aspektem.

Od fantasy po naukę

Już w 1920 roku we francuskiej powieści fantasy, horrorze „ Les Mains d’Orleac” napisanej przez Maurice’a Renarda, został przedstawiony pomysł przeszczepienia pamięci komórkowej, gdzie główny bohater po przeszczepie rąk, zaczyna zastanawiać się nad swoją tożsamością, ma bowiem wrażenie jakby z nową dla niego, ale używaną częścią ciała, przeszczepione zostały także emocje i myśli.

Nie tak dawno temu, medyczni eksperci odkryli, że wielu pacjentów uczestniczących w transplantacji serca, „dziedziczy” wspomnienia dawców.

Przez pacjentów zostały często zgłaszane zmiany w upodobaniach, gustach, ogólnie rozumianej osobowości, a nawet w pamięci emocji. Powstała teoria mówiąca o tym, że serce jest zaangażowane w odczuwane przez nas uczucia i emocje. Badania na temat wspomnianej wyżej wizji, są ciągle w toku.

Serce i mózg para idealna?

Jak się okazuje serce, jako inteligentny narząd w naszym organizmie, jest w stanie wpływać na interpretacje mózgu na temat otaczającej nas rzeczywistości. Wskazuje to na istniejącą relację między sercem a mózgiem. Znakomity kardiochirurg Christiaan Neethling Barnard, w 1967 roku w Południowej Afryce przeprowadził pierwszy na świecie udany przeszczep serca. Ruszyło to lawinę operacji, które dawały nowe życie. Liczba pacjentów po tak skomplikowanym przeszczepie ciągle rosła, a co ciekawe wraz z nią zwiększała się liczba osób, według których po operacji doznawali tak zastanawiających i zajmujących doświadczeń, że w ostateczności decydowali się na spotkania z rodzinami dawców, aby dowiedzieć się od nich czegoś więcej o dawcy.

Czy istnieje możliwość odziedziczenia pewnych behawioralnych cech dawcy?

Stanowczo spotkanie z rodziną dawcy to trudny okres zarówno dla jednej, jak i dla drugiej strony. Jednak co ciekawe, podczas tych spotkań, biorcy często potwierdzali swoje przeczucia, związane z nowo wykreowanymi cechami osobowości. Bliskie osoby dawców nierzadko zżywają się z biorcą, ponieważ w wielu aspektach, widzą w jego sposobie bycia, poszczególne cechy zmarłego.

Mózg serca

Doktor Andrew Armor z Montrealu w Kanadzie, wybitny neurolog odkrył złożony zbiór neuronów, który znajduje się w sercu. Jest on zorganizowany w mały, ale złożony układ nerwowy. Samo serce posiada układ nerwowy, który zawiera około 40 000 neuronów, nazywanych neurytami czuciowymi. Co ciekawe komunikują się one z naszym mózgiem.

„Mały mózg w sercu” właśnie tak nawał to dr Armor. Pojawia się więc pytanie, czy serce ma własny mózg? Czy potrafi myśleć? Pamięci nie da się zlokalizować w neuronie czy grupie neuronów w mózgu. Pamięć jest bowiem procesem dystrybucyjnym. Rozproszona jest po całym układzie nerwowym. Skąd więc pojawił się pomysł na wyznaczenie obszaru mózgu, który będzie za nią odpowiedzialny?

Niewyjaśnione przypadki

Coraz częściej zgłaszane są przypadki potwierdzające niezwykłe zmiany upodobań u pacjentów, po przeszczepach serca. Osoby, które przeszły tak skomplikowaną operację często zgłaszają zmianę trybu życia. Przykładami są chociażby człowiek, którego sztuka pisania była znacznie ograniczona, a po przeszczepie nagle rozwinął talent do poezji. Kolejny to stereotypowy „kanapowiec”, który otrzymawszy serce od kaskadera, zaczął fanatycznie trenować sport, dopóki nie osiągnął profesjonalizmu.

Do dziś lekarze starają się wyjaśnić, czy biorcy narządów stają się gospodarzami wspomnień i emocji swoich dawców? Nauka nazywa to zjawisko "wspomnieniami komórkowymi"

Zdania ekspertów są znacznie podzielone. Część z nich twierdzi, że jest to wykreowane zjawisko, którego genezą jest stres pooperacyjny lub psychologiczna reakcja na leki. Większa część ekspertów sądzi, iż wspomnienia komórkowe przeszczepiane są od dawcy do biorcy wraz z narządami.

Nie mistycyzm, a nauka!

W jednym aspekcie mamy zgodność wszystkich ekspertów. Pamięć serca nie jest mistyczną wizją, a nauką, która wymaga dokładniejszych badań. Dlatego pamiętajmy, żeby dbać zarówno o swój mózg, jak i serce.

Autor: JESICA NOCEK

Jeep Gladiator - Nr 1 na polu walki!

Jeżeli interesuje Was odważna motoryzacja to poniższa recenzja na start dostaje medal. Marka Jeep zaskakuje nas po raz kolejny wprowadzając do swojej oferty większego kuzyna Wranglera o skromnej nazwie Gladiator. Dla kogo powstał ten pojazd?

Geneza

Model firmuje się zwrotem "Przestronność i siła" i bez wątpienia widać to już na pierwszy rzut oka. Jest to oczywiście Wrangler w wersji Pick Up, natomiast oferuje nam tak samo wiele i jeszcze więcej. Prawie 1m więcej ;) Jego nadwozie mierzy 518cm, potrafi udźwignąć 640kg bagażu i bez problemu przewiezie 5 osób.

To właśnie w przypadku takich pojazdów operujemy słownictwem z kategorii "imponujący prześwit", czy kąt natarcia

Gladiator posiada również istotne właściwości terenowe. Oprócz odznaki "Trail Rated" na karoserii dostajemy też wzmocnione i przeprojektowane zawieszenie oraz większe hamulce. Warto też wspomnieć, że certyfikat Trail Rated nadawany jest modelom, które w pełni odwzorowują ideę marki Jeep. W skrócie, możemy Gladiatorem wjechać niemalże wszędzie.

Wygląda jak amerykański sen

O gustach się podobno nie rozmawia, ale uwierzcie nam na słowo... Gladiator to auto, za którym obejrzyj się, za każdym razem. Jest wielki, ale ma odpowiednie proporcje. Większość dużych samochodów wygląda dzisiaj jak nadmuchane bańki, ponieważ bardzo często korzystają z płyty podłogowej, która musi być uniwersalna. Jeep jest pojazdem bez kompromisów.

Gladiator jest również jedynym pick-upem na rynku, który ma cechy charakterystyczne Wranglera. Możemy odkręcić mu drzwi, zdjąć dach i położyć przednią szybę

Co więcej, mamy tu wsparcie naprawdę bardzo udanego systemu multimediów, który dostarcza nam szereg przydatnych informacji. Nie pierwszy raz chwalimy też system infotainment Grupy Fiat, ponieważ pod względem czytelności oraz płynności działania, jest naprawdę dobrze.

Jeździ jak prawdziwy wojownik!

Sercem testowanej jednostki był... uwaga werble... 3.0L Turbo Diesel V6 o mocy 264KM. Paradoksalnie to również nowość, ponieważ konkurencja wycofała się z jednostek wysokoprężnych. To sprawia, że Gladiator jest bardzo interesującą propozycją.

Całość działa naprawdę sprawnie. Gladiatorowi nie brakowało ani mocy, ani momentu. Wjeżdżaliśmy nim w przeróżne miejsca i nigdy nie zawiódł. W ostatni dzień testu trafiliśmy na prawdziwy atak zimy, który sparaliżował całe miasto i co? Nasza ciężarówka jechała dosłownie jak taran przez wszystkie zasypane drogi.

Podsumowanie

Na ten moment jest to bardzo ciekawa propozycja dla osób, które chciały zaopatrzyć się w pick-up'a z silnikiem Diesla. Bez problemu weźmiemy na pakę 2 motocykle lub quada i wjedziemy w najbardziej wymagający teren. Bardzo często zachwycamy się wyglądem samochodu, natomiast Gladiator daje nam wyjątkową pewność siebie. Mam pojazd, który wjedzie praktycznie wszędzie, jeśli nie on, to co?


Idealna beza - Sztuka godna mistrza!

Powiedzmy sobie szczerze, kto jest w stanie odmówić sobie, słodkiej, piankowej i chrupiącej chmurki? Beza, bo o niej będzie ten artykuł, jest jedną ze słodkości, która kusi oko i sprawia, że przestajemy patrzeć na kalorie. Choć jest prosta w przygotowaniu, z wykonaniem może być już nieco trudniej. Idealna beza to ta lekko ciągnąca się w środku. W parze ze zrównoważonym kremem jest to deser, który pieści nasze podniebienia.

Lubi kwaśne połączenia!

Nie bójcie się eksperymentować. Krem do bezy można przygotować ze wszystkiego, co Wam przyjdzie na myśl. Często spotykanym połączeniem są maliny, truskawki oraz borówki. Wszystkie towarzystwie kremu na bazie mascarpone. Tym razem proponujemy Wam krem na bazie pasty z rokitnika. To niedawne odkrycie, które moim zdaniem idealnie równoważy słodkość bezowej pianki.

Moja idealna beza:
6 białek jaj
szczypta soli
300 g cukru
1 łyżeczka soku z cytryny
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Opcjonalnie - garść płatków migdałów

Piekarnik nagrzewamy do 160 stopni C z termoobiegiem. Blaszkę wyścielamy papierem do pieczenia. Białka z dodatkiem soli ubijamy na sztywno, a następnie stopniowo dodajemy po łyżce cukru. Cały czas cierpliwie ubijając całość, aż cały cukier się rozpuści.

Gdy piana będzie gęsta i błyszcząca dodajemy sok z cytryny oraz mąkę ziemniaczaną i miksujemy przez ok. minutę. Pianę dzielimy na kształty, które chcemy uzyskać. Pieczemy przez 5 minut, a następnie zmniejszamy temperaturę do 120 stopni C z włączonym termoobiegiem i pieczemy przez 1,5h. Po upieczeniu wyłączamy piekarnik i uchylamy drzwiczki na ok. 15 minut. Następnie wyjmujemy i całkowicie ostudzamy.

Krem z rokitnikiem:
500g sera Mascarpone
50g miodu
2 łyżeczki pasty z rokitnika
150ml śmietanki 36%

Ubijamy mascarpone z miodem, stopniowo dodając pastę z rokitnika. Na koniec ubijamy śmietankę i powoli dodajemy ją do masy. Mieszamy ręcznie szpatułką do uzyskania jednolitej konsystencji. Następnie nakładamy krem na nasze bezy lub przekładamy nim blaty bezowe.

Beza nie przepada za lodówką, ponieważ cukier zawarty w bezie jest higroskopijny. To powoduje natomiast, iż przestaje być chrupiąca. Nie przejmujcie się tym zbytnio, gdyż powyższy przepis sprawi, że całość znika zaraz po przygotowaniu.

Autor: Paweł Starczewski

SZUNGIT - Naturalny filtr i aktywator wody!

Świat tonie w plastiku. Wiele ludzi poszło więc po rozum do głowy i stara się nie kupować już wody w plastikowych butelkach. Popularne stały się specjalne dzbanki z filtrami do oczyszczania tzw. kranówki. Jest to bardzo dobra opcja, która pozwala na eliminowanie dużej liczby odpadów. Dzisiaj chcemy zachęcić Was do bardziej niekonwencjonalnej metody pozwalającej cieszyć się zdrową wodą. To kamień przypominający węgiel o nazwie Szungit.

KREWNY DIAMENTU I GRAFITU

Na początku XX wieku prof. Inostrancew ogłosił odkrycie nowego rodzaju węgla, któremu nadał nazwę szungit. Nazwę tę wziął od miejscowości Szunga w Karelii w Rosji, gdzie został on znaleziony. Miejscowa ludność znała go już jednak od dawna, wierząc w jego niezwykłe właściwości. Woda w kontakcie z nim staje się przejrzysta, jest pozbawiona wszelkich zanieczyszczeń oraz nabiera źródlanego smaku. Szungit, ze względu na zawartość rzadkiej postaci cząsteczek węgla - fulerenów, może być stosowany jako naturalny filtr do wody.

JAK TO DZIAŁA?

Szungit bez problemu zamówimy przez Internet, jego cena waha się w okolicach 20-40 złotych. Należy dokładnie opłukać go, a następnie przełożyć do szklanego dzbanka i zalać wodą z kranu. Po dwóch, trzech dniach jest już ona gotowa do picia. Jest ona wtedy oczyszczona z azotanów, azotynów, metali ciężkich, pestycydów, bakterii i wirusów. Tylko za pierwszym razem trzeba tak długo czekać na przefiltrowanie, później wystarczą 3 godziny i woda jest już gotowa do spożycia. Taki szungit wystarczy nam na sześć miesięcy. Przez ten czas należy go, przynajmniej raz w tygodniu dokładnie umyć, a dzbanek wyparzyć.

AKTYWATOR WODY

Poza tym, że nasza woda, po kontakcie z szungitem, jest dokładnie oczyszczona, to jest też wzbogacona w niezbędne człowiekowi mikro- i makroelementy. Nabiera właściwości przeciwbólowych i przeciwzapalnych. To jej przewaga nad kranówką z dzbanka z filtrem. Szungit wpływa na nasze zdrowie, ale i urodę.

Woda szungitowa pielęgnuje skórę, nadaje jej zdrowego blasku, spłyca lekkie zmarszczki oraz likwiduje obrzęki.

Wszystko dzięki zawartym w niej mikro- i makroelementom. W polskich aptekach dostępne są już kosmetyki z wodą szungitową, zarówno do pielęgnacji cery, jak i włosów. Zachęcamy Was do spróbowania tego naturalnego sposobu na bycie eko i przede wszystkim na bycie zdrowym.

autor: COŚ UQO - Krzysztof Karwowski

Design ARQ Miesiąca - Wiktoria Wanda

Raz na jakiś czas trafiamy na młodych artystów, którzy sprawiają, że pomimo naszej wiedzy na temat sztuk wizualnych, długo zbieramy szczęki z podłogi. Do takich osób z pewnoścą zalicza się Wiktoria i jej colorartbywiki. Wiktoria tworzy dekoracje oraz produkty domowego użytku, ale... uwaga! Jej specjalnością są wzory tworzone za pomocą żywicy. Połączenie żywicy epoksydowej z drewnem daje niepowtarzalny efekt. Naszą szczególną uwagę zwróciły te z morskimi falami, które do złudzenia przypominają te znane nam z rajskiej plaży. W jej ofercie znajdziecie też podkładki, tace, stoliki oraz inne dekoracje. Jeżeli interesują Was rzeczy niepowtarzalne, to zapraszamy do lektury!

PLASTYKA... WIKTORIA JEJ UNIKAŁA

Tak naprawdę Wiktoria jest na początku swojej artystycznej drogi, ponieważ swoją przygodę z żywicą zaczęła w 2020 roku. Interesuje ją kreowanie i tworzenie rzeczy, które powodują prawdziwe emocje i uczucia. Tu z całą pewnością możemy stwierdzić, że cel został już osiągnięty.

"Uwielbiam podróżować i doświadczać nowych niepowtarzalnych przygód. Zanim zajęłam się wylewaniem żywicy pracowałam w branży nieruchomości. Lubiłam to, natomiast cały czas brakowało mi czegoś. Nie sądziłam jednak, że tym "czymś" będzie malowanie żywicą."

Jak sama wspomina, nigdy nie przepadała za zajęciami plastycznymi, a wręcz ich unikała. Na początku swojej artystycznej drogi zaczęła tworzyć makramy. Wystarczyło, że po pracy zaparzała sobie kubek gorącej herbaty i świat znikał, aż do późnych godzin nocnych. Podczas oglądania jednego z tutoriali, trafiła na instruktaż tworzenia morskich fal za pomocą żywicy i jak sama twierdzi, nie mogła oderwać wzroku od tego co widzi.

PIERWSZE RĘKODZIEŁA

Wiktoria zwróciła naszą uwagę nie tylko swoimi oryginalnymi pomysłami na home decor, ale i pewną skrupulatnością, którą widać na każdym etapie jej procesu. Pierwszymi produktami, które stworzyła w połowie stycznia ubiegłego roku były podkładki wykonane całkowicie z żywicy.

"Na początku chciałam zacząć od czegoś mniejszego i zobaczyć jak się przygotowuje żywicę, w jakich proporcjach należy łączyć ją z pigmentami, jak długo zastyga itd. Nie były to najlepsze podkładki jakie wykonałam, ale mam do nich sentyment."

Po kilku realizacjach przyszedł czas na to, z czym Wiktoria jest chyba najbardziej kojarzona, czyli efekt morskich fal. Wystarczyło kilka tygodni, aby jej technika zbliżyła się do foto realizmu, który można podziwiać na jej stronie internetowej lub profilu Instagram.

"Z tego co widać po zdjęciach na moich stronach najbardziej lubię pracować z drewnem, dlatego wielką przyjemność sprawia mi tworzenie deseczek, wieszaków, blatów i ozdobnych plastrów drewna, oczywiście z falami."

KREATYWNOŚĆ PONAD WSZYSTKO

Kolejna rzecz, o którą Wiktoria dba bardzo dobrze to kontakt z klientami i budowanie wizerunku własnej marki. Jej prace, to tak naprawdę jej kreatywność i niezależność. Prezentacja swoich realizacji jest również na bardzo dobrym poziomie. Pamiętajcie, że Wiktoria działa dopiero rok! Kiedy tworzymy piękne rzeczy, możemy liczyć, że oprócz wynagrodzenia otrzymamy też piękne słowa i tak jest w tym przypadku. Profil młodej artystki jest pełen pozytywnych komentarzy i opinii.

Koniecznie sprawdźcie jej realizacje i odwiedźcie profil oraz stronę internetową. Jeżeli spodobał Wam się magazyn The ARQ, który promuje ładne rzeczy i wspaniałych ludzi to zostawcie po sobie ślad i obserwujcie nas w social mediach!

Portfolio Weroniki znajdziecie tutaj:
colorartbywiki.com
Instagram


Mazda MX-30 - Małomiasteczkowy elektryk, którego pokochasz!

Od pierwszego momentu, kiedy zobaczyłem pierwszą elektryczną Mazdę, moje uczucia były dość mieszane. Na zdjęciach nie wyglądała tak zachwycająco, jak szóstka, trójka, czy model MX-5. Co więcej, nie mogłem zrozumieć, dlaczego Mazda posługuje się kodem w nazewnictwie, który przypisywany jest sportowemu roadsterowi. No i ten zasięg... Podczas gdy wszyscy ścigają się na ilość kilometrów przejechanych 'na baterii', Mazda proponuje rozsądek i elektryka dla wybranych. To wszystko intrygowało mnie jeszcze bardziej dlatego, że na co dzień użytkuję wspomnianą MX-5.

Po kilku dniach jeżdżenia modelem MX-30 'zajarzyłem', że wiele osób krytykujących ten model, po prostu nie wie, o czym mówi lub nie mieli okazji nim jeździć. Po drugie, podobnie jak roadster, MX-30 nie jest dla każdego. Utwierdził mnie w tym przekonaniu Dawid Podsiadło, ale o tym później.

Z MX'a do MX'a

Zostawiam swojego roadstera i przesiadam się do nowego modelu Mazdy. Zacznijmy od tego, jak to auto wygląda. Na żywo MX-30 ma naprawdę wyjątkową bryłę. Japońscy inżynierowie postarali się, aby charakterystyczna stylistyka KODO szła w parze z elektrycznym pojazdem. Proporcje są tu naprawdę udane. Po raz kolejny Japończycy oddają w nasze ręce auto, na które spogląda się kilka razu po odejściu.

Na miejskim parkingu nic nie jest do niej podobne, co może być istotne dla ludzi, którzy chcą się wyróżnić. MX-30 jest piękna!

Nie można nie wspomnieć o drzwiach typu Freestyle, który z jednej strony czynią MX-30 prawdziwym renegatem design'u, z drugiej mogą być dla wielu prawdziwą bolączką. Według mnie to kwestia przyzwyczajenia. Ilość kompromisów, na które musiałem się zgodzić, wybierając model MX-5 jest nieporównywalnie większa, niż w przypadku elektrycznego modelu.

Wsiadając do środka, czujemy się, jak w każdej Maździe. Wszystko jest tu pięknie spasowane, a materiały, choć ekologiczne, sprawiają wrażenie premium. Deska rozdzielcza jest przemyślana, a fotele wygodne. Pozycja za kierownicą to również solidna 5-tka.

JINBA ITTAI

Po ruszeniu od razu wszystko staje się jasne. Pomimo napędu elektrycznego to pełnokrwista Mazda. Zawieszenie to idealny balans pomiędzy komfortem a pewnością w zakręcie, układ kierowniczy to czysta przyjemność, a wnętrze po prostu przemyślane. Prowadząc MX-30 będziemy również słyszeć dźwięk przyspieszenia, który pomaga wyczuć pojazd i przypomina nieco dźwięk tradycyjnego silnika. Po pierwszych kilometrach zaczynam rozumieć, dlaczego ten pojazd ma w przedrostku MX. Nie tylko jazda nim sprawia mi przyjemność, ale powoli zaczynam się zakochiwać.

Nagłośnienie jest świetne, wnętrze naprawdę wygodne i tutaj Mazda zajmuje wysokie podium w kategorii rozsądnych elektryków. Dostajemy kompletny i naprawdę przemyślany samochód. Nic dziwnego, że wyróżniliśmy markę Mazda w naszym plebiscycie Drive ARQ 2020, gdzie zajęła drugie miejsce, głównie za sprawą modelu MX-30. Po raz kolejny Brawo!

ELEKTRYCZNA JAZDA

Spoglądam na zegary i odczytuje dostępny zasięg... 160 km, przy 80% naładowania. W benzynowym aucie to już żółta lampka i myślenie o stacji paliw, ale nie tutaj. Jeżeli nie jest to Twoje drugie auto, zapomnij. Jeżeli nie przemieszczasz się na co dzień po mieście, zapomnij. Jeżeli nie posiadasz własnego domu lub przynajmniej garażu, zastanów się. Opiszę Wam moją perspektywę i wytłumaczę, o co chodzi z tą nazwą.

Prefiks MX jest nadawany przez Mazdę modelom, które przełamują pewien schemat i próbują tworzyć nowe wartości lub kategorię. MX-5 jest tego idealnym przykładem. Mazda zachowała ideę tylnonapędowego roadstera, który nie musi kosztować kroci. Do dzisiaj jest to najlepiej sprzedający się, dwumiejscowym samochód sportowy w historii. A jak to wygląda w przypadku MX-30?

MAŁOMIASTECZKOWY SUV!

Moje życie to dzienne 15-20 kilometrów po mieście oraz ewentualne wycieczki w rodzinne strony powyżej 60 km. Jedyny minus to fakt, że mieszkam w bloku. Lecący w głośnikach Dawid i jego "Małomiasteczkowy" idealnie pasuje mi do idei modelu MX-5, jak i nowego elektryka Mazdy. W tym drugim przypadku ogranicza mnie tylko i wyłącznie infrastruktura.

Zielona Góra ma tak naprawdę jedną stację ładowania oraz stację EKOEN, która jest oddalona o około 12 km od centrum... cenne 12 km w tym przypadku. Ponadto Mazda odrzucała ładowarki o mocy większej niż 50kw, więc pozostaje nam ładowanie o przeciętnej wartości. Będąc desperatem, podłączyłem ją do ładowania z gniazdka w biurze i o dziwo w niecałe 2h doładowałem ją o kilka kilometrów zasięgu. Podobnie może to wyglądać z wycieczkami do rodziny. Przyjeżdżam, wpinam do gniazdka i na pewno nie stanę w drodze powrotnej. Są to rzeczy, o których trzeba pamiętać i dla niektórych mogą być one nie do przyjęcia. Jaki jest werdykt?

PODSUMOWANIE

Gdybym posiadał dom na przedmieściach, to bez wahania złożyłbym już zamówienie. Model MX-30 idealnie wypełnia lukę pomiędzy tradycyjnym autem, a przyszłością, która najprawdopodobniej nas czeka. Jakość wykonania, stylistyka oraz dbałość o szczegóły zostawiają konkurencję mocno z tyłu. Pytanie, czy jesteś w stanie żyć z nią na co dzień.

Dziękujemy, że wspierasz magazyn The ARQ. Stawiamy na inspirujące i wartościowe treści bez reklam! Polub nasz profil i poleć nas znajomym. Z góry dziękujemy!


SOLOGIAMIA. JAK ŚLUB... TO Z SAMYM SOBĄ!

W dzisiejszych czasach ludzie wręcz pożądają samodzielności i niezależności. Chcą czuć się wolni. Niejednokrotnie możemy spotkać się z samolubnym spojrzeniem na świat i nastawieniem typu „po trupach do celu”. Zdecydowanie rzadziej zaczynamy chodzić na kompromisy zarówno w życiu zawodowym, jak i miłosnym. Nie? To nie. Krótki i zwięzły tok myślenia, który wysyła jasny komunikat - akceptujesz to, co proponuje, albo nic z tego nie będzie.

Ludzie coraz częściej wybierają samotność, od nieszczęśliwych związków lub po prostu wolą ciszę niż relację, dla której musieliby się w jakimś stopniu poświęcić. Z jednej strony zyskaliśmy honor, jasno sprecyzowane wartości i podbudowanie pewności siebie, a z drugiej zaczęliśmy generalizować, szukać łatwych rozwiązań i gubić się w tym, gdzie kończy się niezależność, a zaczyna chęć zwrócenia na siebie uwagi. Samodzielność zawitała także na weselne sale. Ale jak?

SOLOGAMIA, CO TO TAKIEGO?

Sologamia to termin określający ślub z samym sobą. Jest to trend społeczny, który bardzo szybko zyskał ogromne grono zwolenników, jak i przeciwników. Osoby popierające sologamię powołują się m.in. na potwierdzenie własnej wartości, natomiast krytycy uważają, że jest to skutek narcystycznego charakteru.

Obecnie wykreował się nawet cały przemysł usługowy, który stara się sprostać oczekiwaniom zainteresowanych taką ceremonią ludzi. Specjalne projekty zaproszeń, urządzenie sali, czy nawet pierwszy taniec, który w porównaniu do znanej nam tradycyjnej wizji, będzie dość specyficzny. Małżeństwa na własny rachunek, praktykowane są w szczególności, wśród zamożnych kobiet. Od strony prawnej sologamia nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji, ponieważ akt małżeństwa zarezerwowany jest dla dwóch osób. Można więc powiedzieć, że taka ceremonia pełni bardziej rolę społecznej deklaracji, w której chcemy przekazać, że do szczęścia wystarczymy sami sobie.

Geneza słowa, według słownika, ma swoje źródło w wyrazie "gameo", oznaczającym małżeństwo, jak i solo czyli "sam"

Właśnie dlatego, coraz częściej możemy spotkać się z terminem solo-śluby. Jak to wygląda w praktyce? Ślubujemy samemu sobie akceptację i szacunek dla swojej osoby, wierząc, że życie i zgodność samego ze sobą, będzie dla nas najlepszą wizją przyszłości.

PRZYCZYNY ŚLUBU W POJEDYNKĘ

Czynników wpływających na decyzję sologamii jest wiele i zazwyczaj, każda z osób, która podjęła taką decyzję, ma inny zestaw doświadczeń i przemyśleń, które ją do tego skłoniły. Jednak są pewne powtarzające się elementy. Takim przykładem może być lęk przed skrzywdzeniem bądź odrzuceniem. Wchodząc w małżeństwo z samym sobą, zyskujemy sto procent pewności, że będziemy z sobą „do grobowej deski”. Nie musimy sobie zaprzątać głowy tym, czy zawiedziemy się na swoim partnerze. Pojawiają się nawet opinie, że sologamia może być zjawiskiem i pewnego rodzaju przejawem emancypacji kobiet. Dodatkowo można w tych działaniach odnaleźć chęć wykreślenia roli mężczyzny, z życia kobiety. Staje się on elementem dodatkowym, który nie ma większego znaczenia i nie odgrywa fundamentalnej roli w planowaniu jej przyszłości.

ZBIÓR NAJCZĘSTSZYCH PRZYCZYN SOLOGAMII:

  • PRESJA SPOŁECZNA I OCZEKIWANIA RODZINY.
  • BRAK ODPOWIEDNIEGO PARTNERA, A MARZENIE O BIAŁEJ SUKNI.
  • WIELE ROZCZAROWAŃ O PODŁOŻU MIŁOSNYM.
  • MANIFESTACJA SPOŁECZNA.
  • SYMBOL EMANCYPACJI.
  • EFEKT NARCYSTYCZNEGO CHARAKTERU.
  • BRAK CHĘCI DO ZAANGAŻOWANIA SIĘ W JAKĄKOLWIEK RELACJĘ.
  • NIE TYLKO PANIE

Co ciekawe okazuje się, że trendem zaczęli interesować się także mężczyźni. Jak widać wizja samodzielnego kreowania swojej przyszłości, przyciąga coraz więcej ludzi, nie zważając na płeć. Prognozuje się, że z roku na rok będzie przybywać coraz więcej osób decydujących się na sologamię.

OKIEM MARTYNY WOJCIECHOWSKIEJ

Martyna Wojciechowska to polska prezenterka telewizyjna, podróżniczka, pisarka i przede wszystkim otwarta na świat kobieta. W jednej ze swoich wyjątkowych podróży, miała okazję dokładniej przyjrzeć się zjawisku sologamii. Dzięki informacji jakie zdobyła, możemy wywnioskować, że sologamia swoje centrum ma w Korei Północnej. Przyczyną popularyzacji tego trendu jest status społeczny kobiet we wspomnianym kraju, jak i silna konserwatywność społeczeństwa. Gromadzące się obawy płci pięknej, związane są z utratą szans na rozwój kariery, po zawarciu związku małżeńskiego z mężczyzną i dominujący w życiu codziennym nacisk na konieczność zawarcia małżeństwa, spowodowały zainteresowanie sologamią, która wydaje się jedyną alternatywą, dla młodych, przytłoczonych kobiet.

Autor: Jesica Nocek