Zakonnica II - Więcej grozy w dobrym stylu!

Demonologia opisuje go jako ,,prezydenta potężnego i wielkiego'', zaklętego w ciele dziecka z anielskimi skrzydłami. Świat filmu wyobraził go sobie z kolei o wiele mroczniej, o czym przekonaliśmy się w trakcie seansu drugiej części ,,Obecności''. Piekielna antagonistka w habicie podbiła serca fanów grozy na całym świecie i doczekała się własnego filmu.

Długo wyczekiwana ,,The Nun'' zaskoczyła widzów, ale z pewnością nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Historia okazała się do bólu przewidywalna, a sam Valak pojawiał się na ekranie dość epizodycznie. Czy w ,,The Nun II'' twórcy zerwali ze sztampą?

Reakcja krytyków filmowych i widzów nie pozostawiła na Corinie Hardy'm – reżyserze pierwszej części ,,The Nun'' – suchej nitki. Film i tak okazał się budżetowym strzałem w dziesiątkę. Tytułowa zakonnica była co prawda określana jako ,,śmieszna'', ale liczby mówiły same za siebie. Zysk przewyższył wartość filmu aż piętnastokrotnie i udowodnił, że Valak stał się marką, w którą warto dalej inwestować.

Valak powraca!

Po pięciu latach demon powraca, a za jego kreację odpowiada tym razem Michael Chaves, reżyser trzeciej części ,,Obecności''. Różnica między twórcami jest ogromna i czuć ją od niemal pierwszych ujęć części drugiej. Po pierwsze – barwy. Pierwsza odsłona to romans czerni i szarości, a więc mrok w czystej postaci. Druga oferuje natomiast więcej światła i koloru, choć oczywiście nie brakuje tu ciemności.

Po drugie – muzyka. Zabrakło ścieżki dźwiękowej autorstwa Abla Korzeniowskiego, czyli przyprawiającego o ciarki grozy śpiewu chóralnego z "Corridor of Crosses". Nie można powiedzieć, że druga część ,,Zakonnicy'' odstrasza pod względem muzycznym. Wręcz przeciwnie – muzykę komponował sam Marco Beltrami, związany zawodowo z filmami grozy. W jego dorobku znajduje się na przykład muzyka do ,,Krzyku'' z lat 90. Mimo to uważamy, że zmarnowano nieco potencjał niepokojącego chóru, będącego poniekąd znakiem rozpoznawczym ,,The Nun''.

Nowa odsłona horroru przyciąga również o wiele bardziej charyzmatycznym plakatem filmowym. Jest konfesjonał, jest Valak i... jesteśmy my, ponieważ perspektywa pozwala sądzić, że siedzimy w tym konfesjonale razem z upiornym demonem. Jest bardziej osobiście i to drodzy czytelnicy nie jest przypadek!

source: Warner Bros
source: Warner Bros

The Plot

W drugiej części ,,Zakonnicy'' spotykamy ponownie siostrę Irene (Taissa Farmiga), która dowiaduje się o wydarzeniach zwiastujących powrót sił nieczystych. Ze względu na ,,subtelne'' naciski kościoła, zmuszona jest stawić czoła złu ponownie. Tym razem jednak bez Ojca Burke, co oznacza, że to właśnie jej przypadnie rola liderki. Jeśli wciąż mało Wam motywu ,,girl power'' to Irene zabiera ze sobą młodziutką siostrę Debrę (w tej roli gwiazda ,,Euforii'' Storm Reid).

Maurice "Frenchie" wiedzie pozornie normalne życie, przerywane od czasu do czasu czymś na wzór ,,epizodów'' odcinających go od rzeczywistości. Pamiętacie pewnie, że to właśnie on został naznaczony przez Valaka (Boonnie Aarons) w pierwszej części? Seria niefortunnych zdarzeń sprawie, że losy Irene i Maurice'a splatają się w katolickiej szkole dla dziewcząt. Fabuła drugiej części ,,Zakonnicy'' jest wielowątkowa i – choć nie jest to klasyka kina grozy – narracja wciąga. Nie wiemy, jak potoczy się wątek sympatycznego Francuza oraz postaci, które widzimy na ekranie po raz pierwszy.

Demon w habicie pojawia się na ekranie rzadziej niż byśmy tego chcieli, ale Chaves daje nam coś zupełnie świeżego! Bo kto powiedział, że Valak musi objawiać się w uniwersum ,,Obecności'' tylko i wyłącznie jako zakonnica?

Demon nawiedza bohaterów filmu w osobisty sposób, ukazując się często, jako ich krewni lub zmarli. Taki zabieg sprawia, że strach przed złem odbieramy bardziej osobiście. W filmie pojawia się również wcielenie na równi przerażające, co upiór w habicie. Mowa o samym ,,diable'', a dokładniej – koźle prześladującym uczennice szkoły. W tym momencie aż chce się stwierdzić, że ,,karma wraca'', ponieważ większość nastolatek przedstawionych w filmie ewidentnie zadarło z samym diabłem, myśląc, że ma go po swojej stronie. Warto zauważyć, że sceny z kozłem nie są zabawne, ani groteskowe! A jeżeli temat opętań nie jest Wam obcy, to macie gwarancję dreszczy na plecach.

source: Warner Bros
source: Warner Bros

Naszym zdaniem

Valak w stroju zakonnicy nie przeraża już za każdym razem, a czasem nawet się uśmiecha! Choć fakt ten z pewnością nie działa na korzyść gatunku, to film ogląda się dobrze. Wszystkie wątki zazębiają się na samym końcu, dzięki czemu otrzymujemy spójną i ciekawą historię pewnej zakonnicy. Na duży plus zasługuje również główny wątek, którego nie zdradza w żaden sposób zwiastun filmu. Druga część wyjaśnia nam tak naprawdę, czego Valak szuka na Ziemi.

Podsumowując, "Zakonnica II" to spójna historia pełna grozy. Oprócz kilku wyjątków dostajemy obraz znacznie lepszy od części pierwszej. Film nie traktuje widza, jak przysłowiowego idiotę i potrafi nie raz zaskoczyć. Jest więcej klimatu, jest bardziej osobiście, a scenariusz zazębia się naprawdę sprawnie.


YAYA RAMEN - Sprawdzamy ramen place w Zielonej Górze!

The Temple of Great Noodles - właśnie takie hasło widnieje na szybach YAYA RAMEN w Zielonej Górze. Przy ulicy Mariackiej 5 otworzył się właśnie pierwszy ramen place w Zielonej Górze. Hmmm... na pewno pierwszy?

Nie jest to jedyne miejsce na mieście, gdzie w menu widnieje ramen, ale załodze trzeba oddać jedno... W YAYA chodzi głównie o ramen i kulturę wokół niego! Tak więc poprzeczka została zawieszona właśnie bardzo wysoko. Zapraszamy do relacji z otwarcia!

Smacznie i z YAY'em!

Nazwa tylko z pozoru brzmi japońsko, ponieważ w zamyśle odnosi się do jajka, które zdobi prawie każdy ramen na świecie. Pomysł na nazwę wziął się z hasła, które zostało wypracowane podczas tworzenia wizerunku marki. "Smacznie i z jajem!"

Jednak to nie jajko jest w oficjalnym znaku, a ucieszony kicur. Na stronie yayaramen.pl możemy doczytać, że można się w nim doszukać inspiracji w Maneki Neko, czyli japońskim symbolu szczęścia i dobrobytu, ale Hakai (to jego imię), jest po prostu maskotką lokalu, która towarzyszy nam od samego wejścia.

Wchodzimy do środka!

YAYA RAMEN to świątynia wszystkich, którzy kochają ramen. Nowy lokal znajduje się w samym sercu Zielonej Góry, a wnętrze jest dokładnie takie, jakie sobie wyobrażaliśmy. Jest w pewnym sensie surowo, kolorowo, a jednak nowocześnie i młodzieżowo. Nawet jeżeli są śladowe ilości japońskiego kiczu, to dokładnie jest to kicz, który powinien znaleźć się w każdej miejscówce z ramenem.

Na wejściu wita nas uderzający czerwony neon i dobra nuta, czyli już jest dobrze. Drewniane stoły, ciekawe siedziska i dużo japońskiej kultury!

Na ścianach jest beton, minimalistyczne plakaty, neony i oczywiście wspomniany kicur. Śmieje się do nas z kilku stron i przyozdabia outfity pracowników. Nieco dalej po lewej stronie znajdziecie dużą ilustrację prosto z japońskiego komiksu, która namalowana jest odręcznie. Szacuneczek!

W głębi lokalu znajduje się pół otwarta kuchnia, w której jest gwarno i gorąco. Od momentu otwarcia (13:00) było tu naprawdę gorąco i na szczęście po naszym wejściu zwolnił się stolik. Warto podkreślić, że YAYA RAMEN dawkował w social mediach informacje na temat menu, wystroju wnętrz i wydaje nam się, że ten zabieg wyszedł na plus. Dlaczego? Ponieważ pierwsi goście stawali w progu w lekkim szoku widząc odjechane wnętrze YAYA po raz pierwszy. Można więc bez social mediowego hype'u!

Let's eat!

Podobnie było z menu. Instagram i profil na Facebook'u zdradzał tylko szczątkowe informacje na temat tego, co znajdzie się w karcie. No więc tak... oczywiście są rameny, są startery i fryty z wkładem. Najs! Jeżeli coś z japońskiej kuchni jest dla Was niezrozumiałe, to nie przejmujcie się. Menu ma sekcję "CO YAY'EM?" gdzie wszystko, co niejasne, staje się jasne!

W przystawkach znajdziecie smażone tofu, chrupiące grzybki, papryczki padron oraz ciekawą i orzeźwiającą sałatkę z ogórków i wodorostów wakame

Druga sekcja to fryty z wkładem. Posiłek idealny po ciężkim treningu! Dlaczego? Chodzi o to, że dostajemy tu michę pysznego i komfortowego żarełka. Do wyboru z wołowiną soboro, sojowym mielonym (vege) oraz płatkami katsuobushi, czyli tuńczykiem.

Przyszliście na ramen? Czeka na Was Chintan, Paitan oraz opcje Vege. U nas wybór padł na kremowy wywar wieprzowo-wołowy (PAITAN) o nazwie Tantanmen i był to strzał w dziesiątkę! W składzie pasta z sezamu, miso i orzechów arachidowych, olej - rayu, chutney z czerwonej cebuli, soboro wołowe, pak choi, kiełki no i jajo!

Tantanmen od YAYA RAMEN smakuje rewelacyjnie. W sumie to była to chyba najlepsza zupa, jaką zjedliśmy w życiu

Mocno pikantny, kremowy i bardzo syty. Cena to 46 zł. Już po ramenie byliśmy dopchani, ale dziennikarski obowiązek wymusił na nas jeszcze deser w postaci MOCHI MANGO - MARAKUJA. Do tego stestowaliśmy jeszcze Butterfly Ice Tea, Matcha Iced Latte i filiżankę kawy po turecku.

Praktycznie wszystko było ideolo! Deser przepyszny, nie za słodki i orzeźwiający. Kawa po wietnamsku podawana z zagęszczonym mlekiem musi się przy nas zaparzyć, ale do jedna z naszych ulubionych opcji przyjmowania kofeiny. Do tej pory mogliśmy jej spróbować we Wrocławiu. Po dodaniu mleczka pijemy słodką i aromatyczną kawę, chyba że wolicie osobno - jak my!

Matcha Iced Latte - przepyszne! Dostajemy szklankę orzeźwiającej matchy z pianką, naprawdę bomba. Jedyne zastrzeżenie mamy do Butterfly Ice Tea, ponieważ tak naprawdę jest bardzo delikatna. Nie jest to jakiś wyraźny napój, który zmbombardował nas smakiem, ale... bierzemy pod uwagę, że odwiedziliśmy lokal na samo otwarcie, więc może to jeszcze kwestia dogrania? W smaku przypomina napar z polskiego mleczyka z cytrusami, więc taka orzeźwiająca i lekko słodka lemoniadka.

Podsumowanie YAYA!

Ogólnie YAYA RAMEN zapowiada się wyśmienicie. Ramen, jako danie samo w sobie, budzi emocje, chociażby dlatego, że jest jedną z najlepszych opcji na comfort food. Jemy jedną, solidną michę pysznych składników i już jesteśmy szczęśliwi. Jeżeli YAYA RAMEN nie osiądzie na laurach, to z pewnością będzie nas zaskakiwał nowościami.

Co nam się podobało najbardziej? Wnętrze, luźna i sympatyczna obsługa, pyszne jedzenie i dużo nowości, których nie znajdziecie nigdzie indziej. Osobiście wrócimy jeszcze, aby sprawdzić menu z Sake, Umeshu, a także oryginalne herbaty i pozostałe przystawki. Było smacznie... i z jajem!


Nowa Tesla 3 - Jest ładniej, ciszej i dalej!

Tesla zaprezentowała właśnie poważną aktualizację Modelu 3. Premiera odbyła się w Norwegii, czyli kraju najbardziej zaawansowanym pod względem infrastruktury EV. Przypadek? Raczej nie. Tym bardziej że nowy model startuje ze sprzedażą na razie w Europie.

Z jednej strony niespodzianka, a z drugiej wielu fanów marki Elona Muska czekało na tę aktualizację. Bryła nadwozia pozostaje relatywnie taka sama, natomiast Tesla twierdzi, że około 50% części odświeżonego Modelu 3 jest nowych. Co tak naprawdę uległo zmianie? O tym poniżej, ale mały SPOILER... sporo!

Nowy Design

Mamy całkowicie przeprojektowany przód. Samochód na zdjęciach może wcale nie wyglądać 'lepiej', ale w ruchu wygląda już zdecydowanie lepiej. Do tego dochodzą nam przeprojektowane drzwi i błotniki i jeszcze smuklejszy tył.

Udoskonalona sylwetka pod względem aerodynamiki oraz przeprojektowane 18" koła Aero sprawiają, że nowa Tesla 3 będzie najbardziej aerodynamicznym modelem w gamie.

Współczynnik oporu powietrza to zaledwie 0,219. Zdaniem producenta samo zmniejszenie oporu powietrza jest warte około 5–8% zwiększenia zasięgu. To z kolei pozwala przypuszczać, że model Long Range powinien przekraczać zasięg 600 km. Na ten moment konfigurator pozwala na personalizację wersji podstawowej oraz Long Range z napędem na wszystkie koła i dwoma silnikami elektrycznymi. Wersja Performance? Na razie brak, ale to wcale nie musi oznaczać smuteczku. Być może Elon sprezentuje światu coś więcej niż większą moc! Trzymajcie kciuki.

Prawdziwy update jest w środku!

Deska rozdzielcza obecnego modelu nigdy nie zaliczała się do kategorii nudnych. Można by rzec, że jej minimalistyczny sznyt z centralnie umieszczonym ekranem wyznaczał nawet trendy. Software Tesli zasługuje naprawdę na pochwały i ciężko przekonywać o tym osoby, które nigdy w żadnej Tesli nie siedziały.

Wnętrze Modelu 3 miało wiele atutów, ale do premium brakowało kilka punktów. Z wielką radością stwierdzamy, że to już przeszłość. Nowe wnętrze to materiały i spasowanie z najwyższej półki. Jest ciszej również za sprawą podwójnych szyb, które są teraz standardem. Warto zauważyć, że mówimy o aktualizacji wszystkich szyb w aucie, a nie tylko tych z przodu. Brawo!

Koncept środka samochodu pozostaje ten sam. Jest dużo światła za sprawą panoramicznego dachu, jest ekran centralny z nowym systemem infotainment, a nawet oświetlenie ambient.

Poprawiono ergonomię siedzeń, system nagłośnienia oraz mikrofony odpowiedzialne za jakość rozmów. Pasażerowie z tyłu mogą usiąść jeszcze wygodniej za sprawą większego kąta pochylenia siedzeń. Do ich dyspozycji jest również ekran multimedialny, który pozwala na obsługę funkcji klimatyzacji oraz mediów.

Kontrowersyjna pozostaje natomiast kierownica. Nie jest to wolant, jak w przypadku modeli S/X, natomiast z deski rozdzielczej zniknęły klasyczne dźwignie do obsługi kierunkowskazów oraz napędu. Na szczęście pierwsze testy pokazują, że Tesla udoskonaliła przyciski dotykowe na kierownicy. Mamy znacznie lepsze silniki haptyczne, więc może nauka jazdy 'na nowo' nie będzie aż tak trudnym doświadczeniem.

Ile to wszystko kosztuje? Na pewno wiecie, że Tesla prowadzi ostatnio bardzo agresywną politykę cenową, ale dla nas to tylko dobre wieści. Odświeżona 'trójka' startuje od 205 990 zł w wersji podstawowej, a wersja Long Range od 240 990. Tak więc, w sumie cena pozostaje bez zmian.


E-mobility & Brand Identity - Relacja z konferencji Business Meeting Club

Business Meeting Club to networking w nowoczesnym wydaniu. Organizacja specjalizuje się w krajowym oraz międzynarodowym networkingu, relacjach oraz pośrednictwie B2B. Po raz kolejny mieliśmy okazję się o tym przekonać, relacjonując, a także biorąc czynny udział w wydarzeniu zorganizowanym w zeszły czwartek (24 sierpnia). Tym razem motywem przewodnim była elektromobilność oraz branding, a spotkanie odbyło się w salonie Volvo V-Motors we Wrocławiu.

Wydarzenie poprowadził prezes BMC Tomasz Iwaniec, który występował również w roli konferansjera. Celem spotkania było przybliżenie tematyki zielonej energii oraz kreowania wizerunku. W panelach dyskusyjnych wzięli udział Krzysztof Burda - Prezes PIRE (Polskiej Izby Rozwoju Elektromobilności), Bartłomiej Kuriata – Dyrektor Zarządzający w Volvo V-Motors, Magdalena Rygiel - Akapit Grupa Filmowa, Mateusz Brandt - Instytut Doradztwa Energetycznego oraz Krzysztof Skotnicki z Kingslayer Studio oraz założyciel magazynu The ARQ.

Zielona energia oraz elektromobilność

Krzysztof Burda w bardzo prosty i merytoryczny sposób opowiadał o rozwoju oraz przyszłości elektromobilności w Polsce. Warto przypomnieć, że PIRE to organizacja pozarządowa, której głównym celem jest zwiększenie ilości pojazdów elektrycznych w Polsce.

Dowiedzieliśmy się również, że temat fake newsów to codzienność w sferze e-mobilności i często chodzi jedynie o wywołanie w nas strachu. Ciekawostką okazał się fakt, że konferencja odbywała się w niedalekiej odległości od największej na świecie fabryki baterii do samochodów - LG Energy Solution Wrocław. Jeżeli media wzbudzają w nas lęk pożarami elektryków, często z innych Państw, to jak ma to się ma do tego co otacza nas faktycznie na codzień?

"Czy czują Państwo obecnie przeszywający lęk siedząc tutaj? No właśnie... a tak się składa, że około 3/4 km w linii prostej znajduje się największa na świecie fabryka baterii do aut elektrycznych" - Krzysztof Burda

Prezes PIRE słusznie zauważył, że opinia publiczna nie jest również uświadamiana, jakie fundusze są przekazywane na rozwój infrastruktury w Polsce. Mając dostęp do najnowszych danych, możemy się spodziewać, że najbliższe 3/4 lata będą dla Polskiej elektromobilności bardzo dynamiczne.

Elektryfikacja Volvo

Proces elektryfikacji marki jest bardzo dynamiczny. Bartłomiej Kuriata opowiadał m.in o tym, że są to ostatnie miesiące, kiedy będziemy mogli zamawiać konkretne modele w odmianach spalinowych. Ponadto, marka Volvo nie przewiduje już nowych modeli z takim napędem.

Niedawno zapowiedziane Volvo EX90 to zapowiedź gruntownych zmian w gamie modelowej producenta. Będzie to model, który zastąpi jeden z najpopularniejszych modeli marki, czyli XC90. Na tym nie koniec. Najnowsza zapowiedź w postaci małego elektrycznego SUV'a o nazwie EX30 to kolejny As w rękawie Volvo.

"Będzie to w pełni elektryczny model, który zaoferuje innowacyjne rozwiązania ergonomiczne, ale i napędowe. Będzie to najszybsze Volvo w historii, gdzie topowa wersja EX30 rozpędzi nas do setki w 3,6 s. To są proszę Państwa osiągi absolutnie czołowych marek premium, kiedy mówimy o autach sportowych." - Bartłomiej Kuriata

Zamówienia na ten model wystartowały, a po pierwszych tygodniach wyniki sprzedaży są bardzo optymistyczne. Być może wystarczy po prostu dać ludziom to, czego oczekują. Volvo EX30 to również model, który przełamuje barierę wizerunkową "drogiego auta elektrycznego". Tak naprawdę sami nie możemy się doczekać, kiedy będziemy mogli go dla Was przetestować.

Optymalizacja Energii

Tu w roli eksperta wystąpił Mateusz Brandt z Instytutu Doradztwa Energetycznego. Jego wystąpienie pozwoliło na zrozumienie wielu branżowych pojęć, które dla wielu przedsiębiorców jest nadal tematem Tabu. Strategia energetyczna, sprzedawca energii oraz audyt energetyczny. Te pojęcia w 2023 roku są podstawą, aby móc realnie ukierunkować swoją firmę na korzyść z tytułu tańszej energii.

Energetycznie o wizerunku

W ostatniej części panelu wystąpiła Pani Magdalena Rygiel, a także Krzysztof Skotnicki. Pani Magda mówiła o tym, jak ważny jest video content, który znajduje zastosowanie praktycznie w każdej branży, a także o tym, jak go wykorzystać w celu promocji własnego biznesu.

Krzysztof tłumaczył natomiast pojęcie brandingu, które wciąż brzmi dosyć enigmatyczne i kojarzy się jedynie z aspektem wizualnym. Uczestnicy mogli dowiedzieć się również, czym jest Brand Strategy i dlaczego nawet największe marki muszą się stale reklamować.

"Jeżeli zmienią Państwo w swojej firmie jedynie logo i mówimy tu o zmianie z najbrzydszego logo w historii, na najładniejsze ze wszystkich, to w Państwa firmie nie zmieni się nic... oprócz tego znaku." - Krzysztof Skotnicki

Tym zdaniem (pan.dobrandingu) starał się zwrócić uwagę na scenariusz, który jest bardzo powszechny, a zarazem niezwykle powierzchowny. Tego typu działania można zaobserwować w niewielkich lokalnych markach oraz firmach pokoleniowych, które mierzy się częściej z ego swoich założycieli niż z wyzwaniami rynkowymi.

Na zakończenie był networking, jazdy testowe oraz bardzo przyjazna atmosfera. Warto wspomnieć, że Business Meeting Club to jedna z najszybciej rozwijających się organizacji zrzeszających biznes. Na potwierdzenie tej tezy Tomasz Iwaniec zapowiedział International Networking Meeting (INM). Wydarzenie, którego celem jest stworzenie dolnośląskiej sieci kontaktów biznesowych w skali międzynarodowej.

Partnerzy wydarzenia:
Volvo V-Motors Wrocław Lubin
PKO Bank Polski
PKO Leasing S.A.


Sur la tête par Wanatowicz, czyli szalony 'kapelusznik' z Katowic!

Ślązacy potrafią w 'dizajn'. To zdanie, które 'gra' nam w głowie za każdym razem, kiedy odwiedzamy Katowice. Przepiękna architektura, kultura, dziesiątki wyjątkowych miejsc do wyjścia na kawę, czy drinka, no i ludzie. Otwarci, życzliwi... krótko mówiąc, katowiczanie nam jeszcze niczym nie podpadli.

Jakiś czas temu natrafiliśmy na profil wyjątkowej artystki, która zwróciła naszą uwagę przede wszystkim swoją pasją, poczuciem humoru oraz nieokiełznaną szczerością. Aleksandra Wanatowicz, bo o niej mowa, zajmuje się projektowaniem autorskich kapeluszy.

Wiedzieliśmy, że nie możemy umówić się po prostu na wywiad on-line, ponieważ kultura wyższa rządzi się swoimi prawami. Zdecydowaliśmy się zatem zrobić trip 400 km w jedną stronę, aby przybliżyć Wam sylwetkę artystki z krwi i kości. Tak więc zapraszamy na wizytę w pracowni prawdziwego 'Mad Hattera' przez obiektyw The ARQ.

Na początek... Paryż!

"Moda zawsze była moją wielką pasją, ale nie myślałam o niej w kontekście pracy. Miałam być albo raczej chciałam redaktorką prowadzącą audycje radiowe, skończyłam Dziennikarstwo i Komunikacje Społeczną na UW. Mniej więcej tym samym momencie wzięłam udział w konkursie na projekt designerskiej biżuterii - „Wygraj Staż" organizowanym przez magazyn Elle i wygrałam go!

To był moment, w którym pomyślałam a może jednak Moda, a nie Radio. Spędziłam miesiąc w Paryżu i to w Paryżu Haute Couture, w Paryżu od kuchni, w Paryżu nie jako turystka, ale jako stażystka projektowania Biżuterii."

Po powrocie do Polski Ola zapisała się do Szkoły Artystycznego Projektowaniu Ubioru w Krakowie. Tak też skończyła się jej kariera zawodowa jako dziennikarki, a rozpoczęła ta modowa.

"Po SAPU zajmowałam się chyba wszystkimi dziedzinami mody. Projektowałam obuwie, ubrania, oczywiście biżuterię oraz pracowałam jako stylistka reklam telewizyjnych."

Prawdziwym przełomem w zawodowej drodze Oli były warsztaty kapelusznicze z Moniką Ciesiełkiewicz. Polską modystką, która pracowała u boku Phillipa Treacy'ego, czyli żywej legendy i nazwiska nr 1 świata kapeluszy. Dziewczyny z warsztatów stworzyły z Moniką bardzo zżytą grupę, co sprawiło, że o warsztatach dowiedział się sam Phillip Treacy, który zaprosił je do swojej pracowni w Londynie. W ten sposób Ola spełniła jedno ze swoich marzeń i spotkała swojego Mistrza.

Rok 2020 i...?

Decyzja o założeniu firmy zapadła na początku 2020 roku. Wtedy nikt z nas jeszcze nie wiedział, co wydarzy się za kilka tygodni. Nie trudno wyobrazić sobie, że podczas pandemii, wyszukane nakrycia głowy były pewnie daleko na liście każdego z nas. Ola zaczęła, więc szyć maseczki, a te robiły się coraz bardziej kolorowe i wyszukane. Z czasem ludzie zaczęli pytać o kapelusze.

Firma Oli działa dopiero 3 lata, a projektantka z Katowic może pochwalić się już kapeluszami dla wielu znanych nazwisk. Vito Bambino, Jerzy Antkowiak, Paulina Przybysz, Artur Rojek, Ewelina Lisowska, Adam Fidusiewicz, Wini, Mariusz Kałamaga, Anna Mucha, Anna Dzieduszycka, Kasia Struss, Olivier Janiak, a nawet John Porter. To może jedynie świadczyć o wyjątkowym talencie, ale czy tylko?

Będąc w pracowni Wanatowicz, mogliśmy jeszcze lepiej poznać osobę, która stoi za marką Wanatowicz Design. Okazuje się, że ludzie od nakryć głowy są mega pozytywnie zakręceni. W pewnym sensie Ola jest jak 'Mad Hatter', czyli kapelusznik z Alicji z Krainy Czarów. Spotkaliśmy się przecież pierwszy raz, a natychmiast połączyły nas wspólne tematy, pasje oraz zwariowane poczucie humoru. Ola ma w sobie pewien magnetyzm, który z pewnością pomaga jej w tworzeniu charakterystycznej marki.

Wanatowicz Design

Co sprawia, że jej kapelusze są wyjątkowe? Po pierwsze pasja. Charakter oraz chęć udoskonalania swojego rzemiosła ma tu ogromne znaczenie. Oglądając Stories Wanatowicz Design na instagramowym profilu, możecie nie raz podejrzeć jej pracę 'od kuchni'. Ola formująca kapelusz parą z oldscholowego żelazka to widok bezcenny.

"Zdecydowanie bliżej mi do Mad Hatera niż modystki. Nie boję się kapeluszy. Eksperymentuję. Traktuję je brutalnie. Zrzucam z balkonu, podpalam, bawię się formą."

Po drugie, jakość. Większość z kapeluszy par Wanatowicz jest wykonana z niezwykle przyjemnego w dotyku filcu włosowego. Do modeli letnich projektantka używa też słomy panamskiej. Ola projektuje również swoje własne formy, które są autorskim twistem znanych modeli kapeluszy. Kształt korony oraz rondo to 2 elementy tworzące klasyczny kapelusz, które dają tak naprawdę ogrom możliwości.

Po trzecie, kapelusze Wanatowicz są często ozdobione w niesamowitymi detalami, które opowiadają historię ich właścicieli. Ola uwielbia odwiedzać targi staroci i właśnie tam wynajduje 'perełki', które przemyca w swoich projektach. Guziki, wstążki, nici, przedwojenne karty oraz pióra. To wszystko potrafi nadać prawdziwego charakteru.

Magiczny królik

Kropką nad 'i' jest oczywiście magiczny mosiężny królik w kapeluszu. To znak rozpoznawczy, 'Sur la tête par Wanatowicz'. Nie mamy żadnych wątpliwości, że wizytę w pracowni Wanatowicz zapamiętamy na długo. Mamy też nadzieję, że nasz edytorial pozwolił zajrzeć Wam do jej świata i zainteresować się swoim przyszłym nakryciem głowy. Być może autorski kapelusz nie jest dla każdego, ale Ola zaraziła nas swoją pasją na tyle, że właśnie czekamy na swój pierwszy.


0/1 Phone - Telefon piękny i smart dzięki dobremu wzornictwu!

Source: andreamangone.com

Andrea Mangone to mieszkający w Mediolanie włoski projektant z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem w projektowaniu pożądanych i zrównoważonych produktów dla światowych marek.

Zawsze fascynował nas fakt, że to właśnie telefon - niby urządzenie stworzone jedynie do komunikacji, stało się inteligentnym narzędziem bez którego ciężko wyobrazić sobie dzisiejsze życie.

3h dziennie! Dokładnie tyle spędzamy średnio, patrząc w ekran smartfona. Dlaczego? W ciągu dnia jesteśmy nieustannie bombardowani powiadomieniami, e-mailami, bezpośrednimi wiadomościami, które nieustannie zakłócają naszą aktywność i odwracają uwagę od tego, co naprawdę ważne.

W pewnym sensie jesteśmy pogodzeni z tym faktem, ale czy tak będzie wyglądać nasza przyszłość? Po prostu więcej wszystkiego? Jakie było nasze pozytywne zaskoczenie, kiedy natrafiliśmy na koncepcyjny projekt Phone 0/1, który ma pomóc ludziom oderwać się od życia 'w digitalu' i odzyskać kontrolę nad swoim cennym czasem.

Source: andreamangone.com

Project background

Uzależnienie od smartfonów stało się powszechnie znanym problemem na całym świecie. Nawet jeżeli ciężko nam się do tego przyznać. Na rynku pojawiały się już minimalistyczne urządzenia, które obiecywały odbiorcom oderwanie się od cyfrowego świata. Podobnie jest ze smartwachami. Pisaliśmy nawet o NOWATCH który zrobił na nas ogromne wrażenie, a w dodatku jest produktem, który możecie kupić.

Niestety w kontekście kategorii, mówimy nadal o niszy, ponieważ większość klientów wybiera coraz to bardziej 'przesycone' funkcjami urządzenia. Project 0/1 Phone oferuje to, co najlepsze z obu światów. Dzięki składanej obudowie możemy zdefiniować 2 tryby użytkowania.

Source: andreamangone.com
Source: andreamangone.com

Smartphone mode

Po otwarciu 0/1 Phone odsłania elastyczny wyświetlacz o rozdzielczości 1080 x 2640 pikseli. Taka rozdzielczość pozwala na swobodne korzystanie z mediów społecznościowych, oglądanie filmów, granie w gry wideo itp.

Minimal mode

Po zamknięciu 0/1 Phone staje się minimalistycznym urządzeniem, które ma uwolnić nas od zakłóceń. Posiada duży wyświetlacz w technologii e-ink, który pokazuje tylko ograniczoną ilość prostych informacji w dyskretny sposób.

Source: andreamangone.com
Source: andreamangone.com

Więcej/Mniej niż telefon!

0/1 Phone można ustawić w pozycji pionowej, podobnie jak budzik przy łóżku. To rozwiązanie jest możliwe dzięki grubości złożonej obudowy.

Pionowa orientacja radykalnie zmienia sposób postrzegania urządzenia, zmieniając je z czegoś kieszonkowego w coś, co można umieścić na półce lub biurku. Zmiana funkcji minimalizuje kompulsywne nawyki sprawdzania telefonu.

Mobilny purysta

0/1 Phone wykorzystuje unikalną kombinację kolorów, materiałów oraz wykończeń inspirowanych designem wnętrz, modą i akcesoriami lifestylowymi. Aluminiowy korpus pokryty jest biopolimerową powłoką, która zapewnia ciepłe i naturalne odczucie w dotyku.

Tylny panel jest pokryty gumowaną wegańską skórą, zapewniając tym samym dobry chwyt urządzenia. Z boku znajdziemy kolorowy akcent w postaci plecionej nylonowej etykietki zintegrowanej z kieszenią na kartę SIM. Dla nas 0/1 Phone to bardzo przemyślany i udany projekt. Tylko od nas zależy, jak będzie wyglądała nasza mobilna przyszłość.

Visit: andreamangone.com


Artur Nyk - Samochody, jak nowoczesne rzeźby!

Artur Nyk to fotograf, który samochody traktuje jak nowoczesne rzeźby. Kreowanie ich wizerunku daje mu podobno więcej radości niż jazda nimi. Naszą szczególną uwagę zwrócił właśnie zdjęciami ze świata motoryzacji. Jak sam twierdzi, zawsze stara się patrzeć na samochody tak, jak projektant, który je współtworzył. Na jego zdjęciach znajdziecie emocje, niezwykłe kolory i piękne detale. Jako fotograf reklamowy pracuje od 1992 roku i fotografował już chyba wszystko, ale jak sam twierdzi, to samochody są jego ulubionym tematem pracy.

OFFICIAL WEBSITE: arturnyk.pl
CAMERA: Canon R5 + Canon EF 24-70 L IS, Canon RF 85/2

Chcesz pojawić się w sekcji #photorep?
Zaobserwuj The ARQ i napisz do nas!
kontakt@thearq.pl 


Paryż 2024 - Co symbolizuje nowa pochodnia olimpijska?

source: paris2024.org

Pochodnia olimpijska, czyli kultowy przedmiot Igrzysk, ucieleśnia tożsamość każdej edycji poprzez swój design. Tak więc jest to dzieło sztuki samo w sobie, które musi odzwierciedlać obraz nadchodzących Igrzysk w Paryżu. To zadanie przypadło francuskiemu projektantowi Mathieu Lehanneurem.

Mathieu Lehanneur jest znany na całym świecie ze swojego talentu do łączenia technologii, sztuki oraz dobrego designu. Urodzony w 1974 roku jest jednym z nielicznych projektantów swojego pokolenia, którzy mogą objąć tak szeroki zakres kreatywnych dziedzin.

source: paris2024.org
source: paris2024.org

JEDYNA W SWOIM RODZAJU

Opierając się na trzech głównych motywach – równości, wodzie i pokoju, wybranych przez projektanta w celu dopasowania do wartości gier, Lehanneur starał się stworzyć pochodnię, która byłaby minimalistyczna, charakterystyczna i niemal elementarna.

"Jednym z największych wyzwań tego projektu był fakt, że pochodnia musi poradzić sobie z potencjalnie ekstremalnymi warunkami klimatycznymi, co czyni ją obiektem o dużej złożoności technicznej." - tłumaczy projektant

Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest system bocznych rowków umieszczonych z tyłu pochodni, które sprawiają, że płomień jest jeszcze piękniejszy, bardziej widoczny i prawie niesłabnący.

Kolor jest również nieprzypadkowy. Bardzo jasne, miękkie złoto, czyli kolor podobny do tego, jaki można uzyskać, mieszając odcienie złota, srebra i brązu medali.

source: paris2024.org

RÓWNOŚĆ

To właśnie równość jest siłą napędową Igrzysk Paris 2024. Wkładanie takich samych ambicji w organizację Igrzysk olimpijskich, jak i paraolimpijskich było kluczowym założeniem od samego początku. Od emblematu, maskotek, aż po projekt pochodni, który będzie taki sam w przypadku obu imprez. Aby odzwierciedlić tę ambicję, projekt pochodni jest idealnie symetryczny, zarówno w poziomie, jak i w pionie.

WODA

Jest sercem Paryża. Nikt nie wyobraża sobie stolicy Francji bez Sekwany. To właśnie woda zainspirowała efekty fal oraz wibracji żywiołu. Przyglądając się pochodni z bliska, możemy zaobserwować zmarszczki i ruchy wody, a także odbicia światła na jej powierzchni.

POKÓJ

Być może przesłanie aktualne jak nigdy dotąd. Igrzyska olimpijskie i paraolimpijskie zawsze były symbolem pokoju. Już w starożytnej Grecji płomień olimpijski niósł ludziom i narodom przesłanie jedności. Dziedzictwo tysiącletniej tradycji, która symbolizuje ideał olimpijskiego rozejmu.

source: paris2024.org

ZERO WASTE DESIGN?

Pochodnia jest produkowana przez firmę ArcelorMittal, wiodącego na świecie producenta stali i oficjalnego partnera Igrzysk Paris 2024. W sumie ArcelorMittal wyprodukuje 2000 pochodni, czyli pięć razy mniej niż podczas poprzednich edycji igrzysk. Pochodnie produkuje się przy użyciu stali pochodzącej w 100% z recyklingowanego złomu.


Tip na Trip - Dolomity! Jedziemy w magiczne góry we Włoszech!

Dolomity uważane są przez wiele osób jednymi z najpiękniejszych gór, nie tylko we Włoszech, czy Alpach, ale również i w całej Europie. Majestatyczne skały, które wyrastają prosto z zielonych łąk, turkusowe jeziora, ciekawe szlaki oraz tradycyjna kuchnia przyciągają co roku tysiące turystów. Dolomity są również prawdziwym rajem dla fotografów.

Niesamowity krajobraz oraz widoki pełne górskich szczytów pozwalają stworzyć nadzwyczajne sesje zdjęciowe.

Na fotografiach można uwiecznić piękno tych gór, które w zależności od pory roku zmieniają swoje barwy. Spora ilość turystów, która tu przyjeżdża, odbywa trekkingi po pieszych szlakach, ale również duża część przyjeżdża, aby wspinać się na strome masywy gór. Jeździ się tutaj również na Via Ferraty oraz uprawia sporty zarówno zimowe (narty, snowboard), jak i letnie (rowery, bieganie).

Dolomity zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Klimat tych gór sprawia, że można siedzieć i wpatrywać się z zachwytem w majestatyczne szczyty bez końca. Są tu szlaki praktycznie dla każdego. Zarówno dla początkujących piechurów, jak i dla zaawansowanych wspinaczy.

Jak dojechać?

Dolomity leżą w północno-wschodniej części Włoch, co sprawia, że bardzo łatwo dostać się tutaj samochodem z Polski. W zależności, z której części kraju wyruszymy, możemy przejechać przez Niemcy i Austrię lub np. przez Czechy i Słowację. Inną opcją dostania się w Dolomity jest samolot np. do Wenecji lub Mediolanu, a następnie wybierając przejazd autobusem do jednego z miasteczek lub wypożyczając auto na lotnisku.

Gdzie spać?

Tutaj mamy wiele opcji do wyboru, ja jednak polecam wersję campingową. Rejon jest bardzo dobrze przygotowany na turystów z kamperami oraz namiotami. Znajdziemy tutaj wiele pól namiotowych położonych w przepięknych miejscach, również na sporych wysokościach (w Cortinie pola znajdują się na ok. 1200 m.n.p.m).

Jest to też bardzo fajna opcja, jeśli chcemy zwiedzić więcej rejonów w Dolomitach i planujemy się często przemieszczać. Warto jednak pamiętać, że spanie na dziko oraz parkowanie kamperem na całą noc na większości parkingów (nie przeznaczonych do postojów) jest zabronione i może skończyć się tutaj wysokim mandatem.

Na campingach w Dolomitach zazwyczaj znajdują się komfortowe warunki, są łazienki, dostęp do prądu, a nawet kuchni, więc jeśli jesteście zwolennikami takiego trybu podróżowania, to na pewno będziecie zadowoleni!

Ja polecam jako bazę wypadową miejscowość - Cortina d’Ampezzo i camping “Cortina”. Z tego względu, że są to jednak tereny górskie, to na taki wypad pod namiot warto zabrać ciepłe rzeczy. Letnie noce potrafią być tutaj chłodne, a temperatura spada nawet do około 0 stopni.

W rejonie Tyrolu oraz Trydentu znajduje się również wiele hoteli, hosteli oraz schronisk górskich. W górach można przenocować w bardzo dobrych warunkach, np. w schroniskach, gdzie ceny zaczynają się od ok.150zł, a miejsca najlepiej rezerwować kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem.

Jedzenie!

W każdej podróży, a szczególnie we Włoszech, ważnym aspektem jest jedzenie. Jeździmy przecież w różne miejsca po to, aby spróbować tradycyjnych potraw, czy specjałów kuchni danego kraju. We Włoszech każdy region słynie z czegoś innego i ma swoje tradycyjne potrawy.

Dolomity leżą w dwóch regionach Włoch - Trydent oraz Południowy Tyrol. Miesza się tutaj kuchnia alpejska (dużo jest tutaj niemieckich, czy austriackich smaków, zwłaszcza w rejonie Bolzano) oraz kuchnia typowo włoska i śródziemnomorska.

W restauracjach w kartach dań można zleźć m.in knedle, dziczyznę, ryby z górskich strumyków, czy typowy apfelstrudel na deser. W górskich miasteczkach nie zabraknie również włoskich dań takich jak: pizza, czy różnego rodzaju makarony.

A co do picia? Oczywiście kawa, która smakuje wybornie zwłaszcza w schroniskach górskich z widokiem na ośnieżone szczyty Dolomitów. W barach i restauracjach można napić się również dobrego piwa, wina z winogron pochodzących z pobliskich winnic Alto Adige oraz znad pobliskiego jeziora Garda. Na sam koniec klasyk, czyli Aperol Spritz, którego można zamówić praktycznie w każdej restauracji.

Co zobaczyć?

W zależności od tego, w jakim celu jedziemy w Dolomity, będą nas interesować różne formy wycieczki. Poniżej znajdziecie miejsca warte odwiedzenia, ciekawe szlaki górskie, zjawiskowe jeziora, klimatyczne miasteczka, punkty widokowe oraz ciekawe spoty do zdjęć. Oto moje Top 3 miejsca warte odwiedzenia w Dolomitach.

Jezioro di Braies

Turkusowy kolor wody, wysokie skały wyłaniające się z tafli oraz piękny alpejski krajobraz - to wszystko łączy w sobie położone na wysokości 1494 m n.p.m. Jezioro di Braies. Jest ono uznawane za najpiękniejsze jezioro w Dolomitach. Jezioro znajduje się ok.1,5h drogi od Bolzano, położone jest blisko granicy z Austrią, a prowadzi do niego bardzo malownicza droga Val di Braies.

Od samego rana można zobaczyć tutaj fotografów, którzy liczą na to, że uda im się wykonać zdjęcia jeszcze bez tłumów turystów.

W zależności od pory roku oraz od ilości opadów jezioro to zmienia swój poziom wody. Wokół jeziora biegnie łatwy szlak, który jest niezwykle widokowy i ciekawy przyrodniczo. Trasa nie wymaga specjalnego przygotowania, wystarczą tak naprawdę wygodne buty i jedzenie na drogę. Przejście szlaku wokół jezioro powinno nam zająć ok. 3h. W okresie letnim 10.07-10.09 w godzinach od 10:00 do 16:00, aby wjechać na teren jeziora oraz na parking trzeba mieć wcześniej zarezerwowany bilet, który upoważnia nas do wjazdu. Bez takiej rezerwacji nie zaparkujemy w pobliżu jeziora. Po godzinie 16:00 możemy wjechać na parking i zakupić bilet już na miejscu, bez wcześniejszej rezerwacji. Jezioro di Braies wygląda malowniczo o każdej porze roku. Chcecie nacieszyć się tym miejscem w pełni? Wybierzcie się na wycieczkę wcześnie rano.

Protip dla fotografów: Im wcześniej wybierzecie się nad jezioro, tym lepiej. Warto przyjechać nawet o wschodzie słońca, ponieważ światło jest wtedy niesamowite.

Tre Cime di Lavaredo

Są to jedne z najbardziej rozpoznawalnych szczytów w Dolomitach. Szlak prowadzi wokół trzech kamiennych ikon i jest on idealny dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z górskimi trasami. Po pierwsze nie ma tu wymagających podejść, ponieważ początek szlaku zaczyna się przy schronisku Auronzo na wysokości ok. 2300 m.n.p.m, a punkt końcowy trasy jest na wysokości 2405 m.n.p.m. Żeby wjechać na parking przy schronisku trzeba odstać swoje w kolejce. Uwaga - droga, która prowadzi do początku szlaku, jest prywatna i przed wjazdem trzeba uiścić opłatę 30 EUR. Jeśli nie wybieramy się wcześnie rano, to musimy liczyć się z korkami i kolejkami na drodze. Po drugie szlak jest bardzo malowniczy. Znajduje się tutaj wiele punktów widokowych, a po drodze można spotkać alpejskie krowy, które bardzo często pasą się na pobliskich łąkach.

Na trasie znajdują się 4 schroniska. Jedno z nich to Rifugio Locatelli, przy którym możemy oglądać piękną panoramę na 3 szczyty Tre Crime.

Cała trasa ma ok. 10km i zajmuje ok. 4-6h (fotografom może zająć jednak trochę dłużej, bo jest tutaj naprawdę wiele do sfotografowania). Na ten szlak również wystarczą wygodne buty, woda, jedzenie oraz aparat!

Pro tip dla fotografów: Jedno z piękniejszych miejsc do fotografowania jest praktycznie na samym początku szlaku. Wystarczy odbić kawałek w prawo, za kapliczką Cappella degli Alpini. Jest tutaj piękny punkt widokowy na Cadini di Misurina. Drugie miejsce to jaskinia przy schronisku Rifugio Locatelli, z której widoczna jest niesamowita panorama na Tre Cime.

Seceda

Szczyt o charakterystycznym kształcie, który często pojawia się na pocztówkach z Dolomitów. Żeby dostać się na szczyt, mamy dwie opcje: Wjazd kolejką na samą górę lub wejście o własnych siłach. Jest to trochę bardziej wymagająca trasa, na której znajdziemy sporo podejść pod górę. Poziom trudności oceniam raczej na średni.

Jeśli wybierzemy opcję drugą, czeka nas bardzo widokowa trasa. Wyruszamy z miejscowości Santa Cristiana Valgardena. Trasa ma ok. 12km. Na szlaku mijamy wiele zielonych łąk pełnych kwiatów oraz krów i owiec. Miejscami przechodzi się nawet przez same pastwiska. Po drodze znajdują się chaty, w których można spróbować pysznej szarlotki i napić się kawy z widokiem na szczyty.

Seceda mierzy 2518m i imponuje niezwykłą granią otoczoną zielonymi wzgórzami. Jest to klasyczne Instagramowe miejsce i punkt widokowy dla fotografów, którzy ustawiają się tutaj w kolejce, aby uchwycić idealny kadr.

Z samego szczytu rozciąga się cudowna panorama na Dolomity. To tutaj można zaobserwować najwyższy szczyt gór, czyli Marmoladę. Jeśli jednak chcemy wybrać się na górę kolejką, to możemy wjechać gondolą praktycznie na sam szczyt. Kolejka kursuje w okresie letnim w godzinach 09:30 – 16:30. Przy schodzeniu z góry trasa jest bardziej widokowa, więc jeśli ktoś za bardzo nie chce się zmęczyć, to dobrą opcją jest wjechanie kolejką, a następnie zejście szlakiem w dół.

Dolomity są popularnym miejscem, które często odwiedzają Polacy. Od granic Polski dzieli nas około 10h jazdy samochodem. W Dolomity warto się wybrać nie tylko dla samych widoków, ale również dla niezwykłej kuchni, wina, alpejskiej przyrody oraz ciekawych tras trekkingowych.

Autor: Justyna Amborska


Oppenheimer - Okazuje się, że o bombie atomowej nie wiemy nic!

source: Universal Pictures

Dr J. Robert Oppenheimer - Amerykański Prometeusz. Takim tytułem zostaje określony ojciec bomby atomowej w książce Kaia Birda i Martina J. Sherwina, która była inspiracją przy kręceniu najnowszego filmu Christophera Nolana.

Filmu, o którym było głośno jeszcze przed premierą. Dlaczego? Na papierze mogłoby się wydawać, że to tylko biografia i tak, film opowiada kluczowe momenty z życiorysu jednego z najsłynniejszych fizyków w historii, ale Robert Oppenheimer był kimś znacznie ważniejszym. Przyznajcie się jednak bez bicia… kto z Was zna historię powstania bomby atomowej? No właśnie. Christopher Nolan dostarcza nam nie tylko najambitniejszy film w swojej karierze, ale też jeden z najważniejszych filmów naszego stulecia.

Cillian 'Oppenheimer' Murphy

Nie będziemy tracić czasu na powtarzanie frazesów, o których na pewno już czytaliście. Przy każdej recenzji The ARQ staramy się spojrzeć na temat szerzej i tak zrobimy też tym razem. Tak więc, dlaczego Oppenheimer wbije Was w kinowy fotel?

Oczywiście pierwsze skrzypce gra tutaj Cillian Murphy, który pojawia się w filmie Nolana już po raz szósty. Tym razem jednak w roli głównej

Być może niewielu z Was wie, że charyzmatyczny aktor brał udział w oficjalnych 'screen testach' do roli Batmana. Coś jednak było nie tak. Cillian świetnie odgrywał rolę Bruce'a Wayne'a, natomiast nie do końca pasowało do niego wcielenie nocnego mściciela. Ostatecznie rolę dostał Christian Bale, a Murphy pojawił się na ekranie, jako Scarecrow. W tym miejscu należą mu się oczywiście brawa, ponieważ każda minuta z jego udziałem na ekranie była na miarę złota.

source: Universal Pictures
source: Universal Pictures
source: Universal Pictures

Historia Oppenheimera jest historią tragiczną i właśnie dlatego uroda, charyzma, a nawet głos aktora wpasował się tu idealnie. Jednym z pierwszych zdjęć, które obiegło świat przy zapowiedzi filmu, jest wizerunek wychudzonego naukowca w kapeluszu i z papierosem w ustach. Cillian Murphy po prostu stał się Oppenheimerem. Filmowa żona, grana przez aktorkę Emily Blunt, zdradziła w jednym z wywiadów, że Cillian jadł dziennie jednego migdała, aby skutecznie tracić na wadze.

Podobno u schyłku swojego życia, Oppenheimer odżywiał się papierosami, kawą oraz Martini

To w ostateczności doprowadziło go do śmierci z powodu raka gardła. Problem z jedzeniem jest niejednokrotnie elementem czarnego humoru, który towarzyszy nam na ekranie. To sprowadza nas również do tematu autentyczności.

Nie lada sztuką jest porwać widownię na ponad 3h spektakl, który wielokrotnie opiera się na wewnętrznym rozdarciu twórcy bomby atomowej. Byliśmy w prawdziwym szoku, kiedy w pierwszych scenach Cillian Murphy odczytuje oświadczenie przed komisją śledczą, ponieważ jego głos jest wręcz nie do poznania. Aktor brzmi, porusza się i 'odpływa' dokładnie tak, jak opisują to osoby, które żyły u boku słynnego naukowca. Czy jest to rola Oscarowa? Naszym zdaniem tak!

source: Universal Pictures
source: Universal Pictures

Więcej niż film!

Podczas seansu nasunęła nam się kontrowersyjna myśl. Oppenheimer to film, który powinien zobaczyć każdy, ale nie jest to film dla każdego. Do zrozumienia tej tragicznej historii jest potrzebna ludzka wrażliwość, która niestety często ulatuje na sali kinowej. Nie bardzo pasuje tu obraz tradycyjnego widza, który na tym filmie będzie zajadał się popcornem. Ale...

Christopher Nolan nie raz już udowodnił, że kino może być narzędziem do naprawy naszej wrażliwości

Brytyjski reżyser niezwykle umiejętnie potrafi połączyć najbardziej skomplikowane zagadnienia naukowe z ludzkimi emocjami. Kto z Was nie płakał na Interstellar, ten kłamie albo go nie oglądał ;P Na Oppenheimerze można się rozpłakać, niejednokrotnie podskoczyć, ale i przerazić do szpiku kości. Film pod względem technicznym nie cierpi pod żadnym względem, co nie zawsze u Nolana było pewniakiem. Jego ostatni film Tenet, choć genialny, cierpiał z powodu udźwiękowienia. Nawet jeżeli był to zabieg celowy, to ciężko było pozbyć się wrażenia, że aktorzy są zwyczajnie zagłuszeni przez resztę dźwięków w filmie.

Oppenheimer jest udźwiękowiony fenomenalnie, a sama ścieżka dźwiękowa autorstwa Ludwiga Göranssona zasługuje na miano epickiej. To połączenie elektroniki oraz niesamowitej orkiestry dźwięków, które zostaną z Wami na długo po seansie.

Jeżeli naprawdę się wsłuchacie, to usłyszycie ukryte pośród nut tykanie zegara, ognisko, a nawet syreny alarmowe

Epickie są też dźwięki związane z fizyką i oczywiście samą detonacją, ale to już musicie przeżyć na własnej skórze. Tylko z tego powodu, warto wybrać się na ten film do kina z dobrym nagłośnieniem.

Co możemy powiedzieć o samym obrazie? Oczywiście jest IMAX i pedantyzm, który czyni z Brytyjczyka jednego z najważniejszych twórców filmowych naszych czasów. Nolan jest twórcą pedantycznym, ale przez to niezwykle autentycznym. Tym bardziej, że film ograniczył użycie CGI to absolutnego minimum, którego pewnie nawet nie wychwycicie. A to proszę Państwa, jest w dzisiejszych czasach prawdziwą sztuką.

source: Universal Pictures
source: Universal Pictures

Historia

To przecież ona pisze najlepsze scenariusze. Christopher Nolan daje nam swojego rodzaju wykład i zabiera w prawdziwą podróż do Los Alamos, czyli miasta zbudowanego na potrzeby projektu badawczego Manhattan. Oppenheimer to film, który przypomina punkt zwrotny w historii ludzkości. Choć praktycznie nikt z nas nie uczył się o Manhattan Project w szkole, to zapewniamy Was, że wybierając się na seans, nadrobicie to zaniedbanie.

Poznanie historii stworzenia śmiercionośnej broni, która według naukowców mogła zniszczyć wtedy świat, jest kluczowa do zrozumienia świata, w którym żyjemy dzisiaj

Christopher Nolan pokazuje, że dylematy, z którymi musieli się mierzyć ówcześni naukowcy, są wciąż aktualne. Prawdziwym szokiem był dla nas fakt, że tak naprawdę o tej historii nie wiedzieliśmy nic. Bomba atomowa, Oppenheimer, Hiroszima, Nagasaki - bez wiedzy, to tylko puste słowa na kartach historii. To właśnie kontekst wydarzeń ukazanych w filmie pokazuje, jak ważny w tym wszystkim jest człowiek i jego emocje.

Arcydzieło?

Chyba tak! Oppenheimer to film, który w doskonały sposób obrazuje ludzką naturę oraz początki fizyki kwantowej. Obsada filmu nie raz Was zaskoczy, to możemy Wam obiecać, dlatego nie sprawdzajcie jej przed seansem. Nie możemy pozostawić bez słowa pozostałych odtwórców historycznych postaci. Bez chwili wahania na drugim miejscu trzeba wymienić tu rolę graną przez Robert Downey Juniora. Aktor wciela się w skórę Lewis'a Strauss'a, który jest swojego rodzaju cieniem dr Oppenheimer'a. Zaraz po nim jest oczywiście Matt Damon odgrywający rolę generała Groves'a.

Żeńska część obsady jest również na najwyższym poziomie. Emily Blunt oraz Florence Pugh grają tu fenomenalnie. Nie będziemy Wam zdradzać, kim są na ekranie, ale są to postaci równie tragiczne i dynamiczne, co sam Oppenheimer. Historia naukowca zdradza również, że kobiety były nieodłączną częścią jego życiorysu.

Podsumowując, Oppenheimer to jeden z najważniejszych filmów naszego stulecia, a Christopher Nolan osiągnął nim chyba perfekcję. Jedyną wadą filmu, do której mogą przyczepić się krytycy, jest jego długość. Osobiście nie odczuliśmy jej nawet przez moment, ale jak już wspomnieliśmy... nie dla każdego!