Technologia AR w kaskach motocyklowych? Z Seemore to możliwe!

Tylko w 2019 roku na Polskich drogach doszło do 2640 wypadków z udziałem motocyklistów. Ta liczba może przerazić i skłonić do przemyśleń. Wrocławscy przedsiębiorcy z firmy Seemore z pomocą profesorów Uniwersytetu Wrocławskiego chcą wyjść naprzeciw wszystkim fanom dwóch kółek i uczynić jazdę bezpieczniejszą.

AR w służbie bezpieczeństwu

Tę technologię możecie znać ze smartfonów, tabletów, PS Vity oraz kilku innych urządzeń. W skrócie chodzi o wyświetlanie wirtualnych obiektów w świecie rzeczywistym. Jak to wykorzystać, aby podnieść bezpieczeństwo na drogach? Wystarczy zainstalować AR w szybie kasku! Ta innowacyjna metoda ma wyświetlać podstawowe informacje na szybie skorupy tak, aby motocyklista nie musiał odrywać wzroku od jezdni!

Na wizjerze mogą pojawić się takie dane jak prędkość oraz informacje dotyczące nawigacji. Dodatkowo kask ma zapewnić wyświetlanie informacji o połączeniach przychodzących oraz wykorzystać tryb jazdy w grupie bez potrzeby wykorzystania telefonu

To dobre wiadomości, dla wszystkich, którzy lubią przemierzać kolejne kilometry w swojej ekipie. Z badań wynika, że motocyklista dzięki temu rozwiązaniu może zyskać aż 1,5 sekundy. To wiele w przypadku zagrożenia życia.

Jest finasowanie!

Seemore, czyli firma stojąca za autorskim projektem, otrzymało niebagatelną kwotę trzech milionów złotych od Narodowego Centrum Badań rozwoju. Projektanci wraz z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej będą badać reakcję motocyklistów na wyświetlane informacje.

Możemy analizować reakcje i procesy poznawcze, aby pozytywnie wpływać na zachowanie podczas jazdy. Planujemy badania typu EGG oraz eye tracking, które pomogą nam w dopracowaniu modułu, tak, aby motocyklista mógł w bezpieczny sposób widzieć obraz pozorny kilka metrów przed swoim wzrokiem”. - zapewnienia Ekspert do spraw badań użytkowników i symulacji w Seemore - Damian Derlukiewicz

Póki co badania dowodzą, że dzięki temu innowacyjnemu projektowi kierowcy są w stanie polepszyć swój czas reakcji o 28%. To niesie za sobą nadzieje, że wynik być może będzie jeszcze lepszy! Mówiąc o finansowaniu, warto wspomnieć także o tym, że wrocławianie chcą pozyskać 1,3 miliona złotych od inwestorów. Jeśli ktoś z was jest zainteresowany, to akcje można kupować od listopada ubiegłego roku, więcej znajdziecie TUTAJ!

Nie tylko motocykliści?!

Dokładnie! Projektanci chcą, aby ich projekt ratował nie tylko życie motocyklistów, ale także służby mundurowe. Gdyby udało się spełnić wszystkie założenia projektowe, Seemore może służyć np. strażakom.

Nasza technologia będzie mogła zostać użyta w przyszłości także w celu poprawy jakości pracy i bezpieczeństwa służb mundurowych. Przykładowo Straż Pożarna mogłaby zastosować technologię w hełmach, co także mogłoby wpłynąć na czas reakcji czy komunikację w sytuacji zagrożenia” – dodaje Wojciech Trelak, CTO Seemore.

Zatem kiedy?

Planowo projekt ma ukazać się w 2022 roku. Póki co nie wiadomo, jaka będzie cena kasku. Wiadomo jednak, że producenci początkowo stawiają na segment premium, jednak z czasem gadżet ma pojawić się w segmencie medium i medium plus. Zajrzyjcie na oficjalną stronę!

Autor: Mateusz Jamroz

Goodyear reCharge - przyszłość motoryzacji!

Postęp technologiczny można zauważyć w prawie każdej dziedzinie otaczającego nas świata. Począwszy od medycyny, przez komputery, energię, na motoryzacji kończąc. Rozwija się wszystko! Nie bez powodu wspomniałem o motoryzacji, bo ta zdaje się rozwijać ostatnio najszybciej. W wielu miejscach na świecie samochody elektryczne są już standardem, a ekologiczne podejście do życia staje się priorytetem ludzkości.

Marka opon Next-Gen!

Goodyear, który od wielu lat jest liderem sprzedaży opon na skalę światową, po raz kolejny stawia poprzeczkę bardzo wysoko. Producent już wiele razy starał się zaskoczyć swoich wielbicieli, używając coraz to nowszych technologii w produkcji ogumienia. Jednym z takich pomysłów była opona w kształcie kuli. Pamiętacie film „Ja, robot” i Audi RSQ głównego bohatera? Mniej więcej tak miały działać opony stworzone przez amerykański koncern. W skrócie – dzięki nim auto mogłoby poruszać się w każdym możliwym kierunku. Na razie pomysł się nie przyjął, ale silikonowych robotów na ulicach też nie widać, więc poczekajmy cierpliwie. Firma postanowiła stworzyć kolejny koncept.

Nowoczesna opona ma być dostosowana do wszystkich warunków jazdy. Od miejskiej aż po górskie wyprawy

Oczywiście reCharge przewidziana jest do samochodów elektrycznych, ponieważ to one wyznaczają nowe trendy. Technologia ma opierać się na nowoczesnych rdzeniach ze specjalnym materiałem, który będzie instalowany w środku koła. Kapsuły z biodegradowalnym płynem będą w stanie odnowić nam bieżnik, a nawet dostosować go do podłoża, po którym będziemy się poruszać. Warto dodać, że opony będą mogły być dostosowywane przez użytkowników dzięki aplikacji, która będzie z nimi powiązana. Zmiana koloru kół? Już niebawem zrobicie to przy użyciu smartfona!

Jedna na zawsze?

Cóż, dzięki takiemu rozwiązaniu na wysypiska nie będą musiały trafiać tony opon rocznie. Co ciekawe opona ma mieć też właściwości, dzięki którym będzie nieprzebijana. Jak to będzie wyglądało? Możecie zobaczyć na wideo prezentacji przygotowanej przez Goodyear.

https://www.youtube.com/watch?v=ziMVIZPu2XU&feature=emb_logo

Kiedy na drogach?

Tego jeszcze nie wiadomo. Opona reCharge to oczywiście koncept, nad którym trwają prace, a te powinny zająć jeszcze kilka dobrych lat. Na razie musimy jeszcze zostać przy oponach z gumy i wymieniać je co sezon.

Autor: Mateusz Jamroz

Czarna komedia po polsku, czyli recenzja "Wszyscy moi przyjaciele nie żyją"

Jeśli jesteś aktywnym użytkownikiem Netflixa, na pewno zdążyłeś już zauważyć reklamę nowej polskiej produkcji, która budzi dość zawiłą dyskusję wśród kinomaniaków. ,,Wszyscy moi przyjaciele nie żyją'' to film, dzięki któremu można zacząć się zastanawiać, dokąd zmierza nasza rodzima kinematografia.

Wszystko zaczyna się od noworocznego poranka, podczas gdy policjanci przekraczają próg zwykłego domu, w którym ewidentnie rozegrało się coś niezwykłego - gdzie się nie spojrzy, gęsto ścieli się trup. Dodatkowo uwagę (i potencjalne pytania w sprawie tragedii) przykuwa na przykład siekiera wbita w drzwi i fakt, że ofiary ginęły na różne sposoby. Zaraz po tym twórcy prezentują nam całą genezę masakry, zabierając nas na sylwestrowe przyjęcie, które na pierwszy rzut oka nie zwiastuje niczego złego, ale im dalej w las, tym bardziej widać, że to nie mogło skończyć się dobrze.

Dobór postaci, nawet tych epizodycznych, wydaje się przemyślany w najmniejszym detalu. Spotykamy tu nimfomanki, wielbicielkę astrologii, która w każdym zdarzeniu upatruje zasługę gwiazd i przeznaczenia, Bogdana zwanego ,,Jordanem'', który marzy o karierze muzycznej, byłego narkomana walczącego z pokusą, francuskiego mormona, których sam nie wie, po co się tam znalazł, a także samego Jezusa Chrystusa! Bohaterowie tej krwawej opowieści bywają skrajnie od siebie różni, a niestety ich losy przez cały czas się ze sobą plączą, czego wynikiem są konflikty, mniejsze i większe intrygi, a finalnie - dramat w czterech aktach.

Mało tego, twórcy wprowadzają widza w życie głównych postaci, serwując mu całą gamę nawet tych najbardziej groteskowo detalicznych informacji. Po co? Żeby było śmiesznie... ale czy jest? Z tym można się kłócić, bo wiele zależy przecież od osobistych preferencji widza i jego poczucia humoru. Jest śmiesznie, ale miejscami bywa żenująco, na czym film wiele traci.

Zyskuje natomiast dzięki fajnej obsadzie, która wykreowała grane przez siebie postacie na ludzi, których da się lubić

Mamy tu wielu młodych aktorów, wśród których znajduje się między innymi Julia Wieniawa, Nikodem Rozbicki i Mateusz Więcławek. Brakuje postaci ,,z krwi i kości'', która byłaby psychologicznie dość dobrze skonstruowana. Wiele do życzenia pozostawiają również dialogi, które są niczym innym, jak po prostu wymianą zdań, która miała rozśmieszyć odbiorców.

Nowy film reżyserii Jana Belcla nie jest produkcją, do której będzie chciało się kiedyś wracać (jedno obejrzenie na pewno Wam wystarczy). Mieliśmy doświadczyć jajcarskiego i bezwstydnego kina. Widać w nim inspiracje stylem Tarantino'wskim i już nieco zapomnianym, ale genialnym "Go", który jest przykładem na to, jak "WMPNŻ" powinno wyglądać. Owszem, jest zabawnie i jak najbardziej bezwstydnie, ale gdzieś w całej tej historii przekroczono jakąś granicę. Może chodzi o wypowiadane kwestie, które aż rażą w oczy, bo w rzeczywistości nikt młody tak nie mówi? A może tę bezwstydność właśnie, która pozostawiła niesmak i nie była ani pociągająca, ani śmieszna?

,,Wszyscy moi przyjaciele nie żyją'' broni jednak wciągająca fabuła, bo przecież jesteśmy ciekawi, co takiego sprawiło, że to był ostatni Sylwester tak dużego grona młodzieży. Oby osoby, które lubią dobre kino, mają więcej niż trzydzieści lat i nie lubią tracić czasu, pominęły tę produkcję. W przeciwnym razie mogą odnieść wrażenie, że dzisiaj nastolatkowie faktycznie zadają sobie pytania typu: ,,po co światu są laski, skoro jest pizza?''.

Autor: Aleksandra Kucza

Ford Explorer - Stworzony do wielkich rzeczy!

Rok 2020 nie należał do udanych. Był dziwny, ponury, a w dodatku oznaczał kryzys wielu branż. Na szczęście nowe technologie i motoryzacja nie zwolniły aż tak wyraźnie. Rynek pokochał SUV'y, ale co ciekawsze, Europejczycy skłaniają się coraz bardziej ku wielkim konstrukcjom. Pod koniec ubiegłego roku (tak dobrze to w końcu napisać) i dzięki uprzejmości salonu Ford Germaz Zielona Góra, mieliśmy okazję testować nowego Forda Explorera.

Stworzony do wielkich rzeczy!

Zacznijmy od początku. Explorer jest obecnie największym autem w ofercie i z pewnością nie należy do kategorii nudnych. Model, który przywędrował do nas zza oceanu, jest naszym zdaniem najciekawszą propozycją od Forda. Dlaczego? Jest wielki, przez co oferuje mnóstwo miejsca. Mamy tu wygodne i nowoczesne wnętrze oraz pokaźną przestrzeń bagażową. Co więcej, Explorer'em może podróżować docelowo 7 osób.

Jednostka napędowa to również solidny fundament. MAMY TU zaawansowany układ hybrydowy typu Plug-in z turbodoładowaną 3-litrową jednostką V6 o mocy 457KM

Jeszcze większe wrażenie robi moment obrotowy. Uwaga... 826 Nm! Dołóżmy do tego 10-stopniową skrzynię automatyczną i możemy mówić o naprawdę nowoczesnej maszynie do zadań specjalnych.

Design

Explorer jest wielki, ale smukły. Wszystkie przetłoczenia, koła oraz majestatyczny przód sprawiają, że mamy tu bardzo udane proporcje. Jeżeli kojarzycie poprzednie wcielenie tego modelu to mamy tu do czynienia z ewolucją, ale w najlepszym wydaniu.

We wnętrzu jest to zdecydowanie Ford. Jest trochę plastiku (w końcu to amełykaniec), ale większość tworzyw jest bardzo dobrej jakości. Fotele i wybrane elementy zostały obszyte skórą z czerwonymi przeszyciami. Kierownica leży świetnie w dłoniach i po raz kolejny chwalimy Forda za jej funkcjonalność. Explorer posiada również cyfrowe zegary, które działają sprawnie i są bardzo czytelne. W konsoli środkowej mamy też tablet... nawet taki dosłownie. Stoi sobie na samym środku. Niestety przez jego pionowe umiejscowienie zdarzają się sytuacje, w których korzysta się z niego niewygodnie, szczególnie w dolnej części. Poza tym działa bez zarzutu, a nagłośnienie B&O Play grało pięknie.

Zielony odkrywca i wariat!

Po uruchomieniu... cisza. Przy pełnym naładowaniu baterii samochód będzie starał się przemieszczać w trybie bezemisyjnym. Producent zakłada, że będzie to około 40 km. Nasz test był o tyle ciekawy, że odebraliśmy auto z baterią naładowaną w 3%, a po pokonaniu około 60 km, przejechaliśmy 23 km, korzystając z energii elektrycznej. Jakby nie patrzeć była to trasa, w trybie sport. Kolejny etap to 20 min ładowania, 12% baterii i odcinek 80 km. Tym razem prawie połowa (38 km) pokonana 'na prądzie'. Brawo Ford! Jazda po off-rodzie to również sama przyjemność. Siedzimy wysoko, mamy bardzo dobrą widoczność i świetne zawieszenie. Auto jest bardzo wygodne.

Dostępność mocy mamy tu na zawołanie. Auto przyśpiesza świetnie, a skrzynia działa błyskawicznie. Poza tym Explorer prowadzi się bardzo dobrze, w końcu to Ford!

Jedyne, do czego można się przyczepić to działania skrzyni w mieście, szczególnie podczas ruszania. Jeżeli nie wymuszamy trybu EV, to pamiętajmy, że mamy tu 2460 kg masy własnej. Jeżeli balansujemy na granicy dynamicznego ruszenia, a eco driving'u to jednostka napędowa zaczyna się gubić. Odczuwalne są wtedy delikatne szarpnięcie, ponieważ auto zastanawia się czy wystarczy mu mocy elektrycznej, czy od razu potrzebuje silnika spalinowego. Nie jest to wada samochodu, tak po prostu działa fizyka. Jeżeli będziemy pamiętać, jakimi gabarytami się poruszamy, to Explorer odwdzięczy się nam po stokroć.

Dla kogo?

Nowy Explorer jest zaawansowaną maszyną. Lista wyposażenia standardowego jest na tyle długa, że nasza recenzja musiałaby przybrać formę fraszki. Najważniejsze jest jednak jego serce i idea. Jest to zdecydowanie samochód wielozadaniowy. Dzięki hybrydzie świetnie sprawdzi się w miejskiej dźungli, dzięki napędowi i gabarytom będzie wspaniałym partnerem na długie wycieczki. Wydaje nam się też, że nie jest to samochód, który bierze się w leasing na 3/4 lata. Duży Ford sprawdzi się świetnie w dłuższej perspektywie. Cena to ponad 370 tys zł. Nie jest mało, ale Explorer to kompan na lata.

Autor: Krzysztof Skotnicki

Oczyszczacz powietrza Plasmacluster. Czy Sharp stał się właśnie liderem?

Zwróciliście kiedyś uwagę na pewien paradox pomiędzy rozwojem innowacyjnych technologii a problemami, z którymi borykamy się na co dzień? Ludzie patrzący się w ekrany telefonów przyczynili się do rozwoju asystentów głosowych oraz autonomicznej jazdy. Z drugiej strony cyfryzacja ułatwiła nam kontakt, choć niedługo zapomnimy, jak wyglądał nasz podpis.

Podobnie jest z problemem czystości powietrza. Im bardziej zaczęliśmy je zanieczyszczać, tym bardziej jesteśmy świadomi, kiedy myślimy o jego czystości. To spowodowało, że coraz bardziej popularne stają się domowe oczyszczacze powietrza. Po krótkiej analizie rynku jedna marka wysuwa nam się na pierwszy plan... to firma Sharp. Ostatnio mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, jak działa nowa generacja oczyszczaczy z technologią Plasmacluster. O co w niej chodzi i dlaczego Sharp jest liderem w tej branży? Zapraszamy na test oczyszczacza SHARP UA-HD40E-L.

20 lat doświadczenia

Aż ciężko w to uwierzyć, ale technologia Plasmacluster nie jest zupełną nowością. Pierwsze urządzenia tego typu zadebiutowały już na rynku w 2000 roku. Oczywiście były to modele z najwyższej półki. Dzisiaj Plasmacluster to wizytówka firmy, a Sharp może pochwalić się sprzedażą na poziomie 50 milionów urządzeń.

Jak to działa?

Plasmacluster to technologia jonowa opatentowana przez markę Sharp. Polega na uwalnianiu jonów dodatnich oraz ujemnych, które w szybki sposób oczyszczają powietrze, czyniąc je rześkim i świeżym. Urządzenie neutralizuje nieprzyjemne zapachy, likwiduje elektrostateczność oraz zwalcza bakterie, wirusy i grzyby. Jest też odpowiedzialne, za oczyszczanie powietrza z pyłków/alergenów. Co więcej, jony poprawiają kondycję naszej skóry oraz włosów. Finalnie oddychamy powietrzem, które przypomina te, jakie możemy spotkać w lesie.

Design

Oczyszczacze Sharp charakteryzuje bardzo dobra jakość wykonania. Szczególną uwagę zwróciliśmy na elementy najbardziej drażliwe. Obudowa wykonana jest z wysokiej jakości tworzywa w kolorze kości słoniowej. Wszystkie klapki oraz zawory działają bez zarzutu. Urządzenie ma bardzo porządne kółka z blokadą, a przy tym jest też dobrze wyważone. Wszystkie przyciski działają solidnie i są bardzo czytelne. Jedyną rzeczą, która nam się nie spodobała to instrukcja obsługi. Zawiera bardzo ogólne treści, a niektóre opisy i hasła są porozrzucane bez ładu i składu. Największym minusem jest brak opisu podstawowych trybów. #shame

Oczyszcza, nawilża, monitoruje!

Testowany model UA-HD40E-L to jedno z najbardziej kompletnych, a zarazem niedrogich urządzeń. Mamy tu kilka opcji, łącznie z nawilżaniem, ale na pierwszym miejscu musimy pochwalić tryb automatyczny. Urządzenie po włączeniu monitoruje poziom zanieczyszczenia, przykre zapachy, wilgotność oraz jonizuje powietrze w pomieszczeniu. Jest bardzo ciche i kompaktowe. Już po pierwszej dobie zauważyliśmy poprawę jakości, a tym samym naszego snu. Czujność urządzenia możemy regulować, co jest niezwykle przydatne w zależności od poziomu zanieczyszczeń, w jakim się znajdujemy.

Oprócz trybu auto znajdziemy tu tryb ION SHOWER, który w intensywny sposób nawilży oraz zadba o jonizację pomieszczenia. Cały proces trwa ok. 50 min i jest świetną opcją, którą możemy stosować cyklicznie lub przed pójściem spać. Nawilżanie w trybie auto dba o wilgotność na poziomie 55-60%. Po uzyskaniu tej wartości robi przerwę. Urządzenie świetnie radzi sobie z monitoringiem. Po chwili odkurzania pokoju urządzenie uruchomiło tryb niwelujący przykre zapachy oraz kurz. Brawo Sharp. Warto również wspomnieć, że technologia Plasmacluster sprawia, że cząsteczki kurzy dosłownie opadną na ziemię. Więc nie będzie już potrzeby odkurzania sufitów, lamp itp.

Dla kogo?

Model SHARP UA-HD40E-L to idealne rozwiązanie dla niedużego mieszkania. Spokojnie zadba o powierzchnię do 25m2, a przez swoją mobilność, możemy używać go w całym domu. Jeżeli będziemy dbali o filtry, to ich żywotność została wyliczona na 10 lat, przy założeniu, że ktoś spala w pomieszczeniu 5 papierosów dziennie. Konserwacja to proste odkurzanie raz na 2/3 tygodnie filtrów znajdujących się w urządzeniu, mycie i ewentualne czyszczenie roztworem wody i kwasku cytrynowego modułu nawilżającego. Zdecydowanie polecamy! Wszystkim, którzy cierpią z powodu alergii, mają w domu czworonogi lub zwyczajnie pragną się porządnie wysypiać!


„The Crown” - warto czekać na kolejny sezon?

Wielu mogłoby pomyśleć, że serial z historią w tle zyska uwagę tylko tych widzów, których zainteresowania ściśle wiążą się  z  tematyką historyczną. „The Crown” to serial przede wszystkim dla tych, którzy o historii rodu Windsorów wiedzą niewiele lub nie wiedzą kompletnie nic.

Dzieje się tak dlatego, że każdy z odcinków niemal przelatuje widzowi przez palce i nim się obejrzymy, już kończymy sezon. Wiedzę na temat faktów i postaci historycznych przyswajamy wręcz niezauważalnie i mało tego, chcemy wiedzieć więcej. W kwestii zgodności serialu z rzeczywistością twórcy są jednogłośni - produkcja to przede wszystkim rozrywka, a więc niektóre wydarzenia pokazane zostały inaczej. Drobne różnice dostrzegli przede wszystkim członkowie rodziny królewskiej, którzy również oglądają ,,The Crown''. I choć nie wszyscy są fanami serialowej odsłony ich życia, zdają sobie sprawę, że odwzorowanie tak rozległego tematu w skali 1:1, jest po prostu niemożliwe.

NA BOGATO!

Mimo drobnych różnic, twórcy serialu zadbali o to, aby informacje w nim zawarte, jak najdokładniej opisały zdarzenia, które miały miejsce w przeszłości. Ta produkcja to przede wszystkim długie wywiady prowadzone ze świadkami konkretnych wydarzeń, a także detale i precyzja. Mało tego, ,,Korona'' to wysokobudżetowa lekcja historii i trzeba przyznać, że każdy przeznaczony na nią funt został dobrze wykorzystany (tu warto wspomnieć, że pierwsze dwa sezony kosztowały około 100 milionów funtów) - wnętrza, stroje (a szczególnie czasochłonna suknia ślubna Diany), klimat i dobra gra aktorska, najlepiej obrazują wysiłek całej ekipy, która dba o znakomity PR serialu.

Korona jest kobietą

Nowy sezon, który ukazał się na Netflixie w listopadzie tego roku, zdominowany jest przez kobiety. Opowieścią dalej rządzi nikt inny jak Elżbieta II (Olivia Colman), ale uwaga widza skupia się również na pierwszej brytyjskiej premier, Margaret Thatcher (Gillian Anderson) oraz młodziutkiej Dianie Spencer (Emma Corrin), która staje się nie tylko nową członkinią rodziny królewskiej, ale również ,,królową serc''.

Żelazna Dama

Kreując postać Thatcher (wyróżniającej się w polityce z uwagi na swoją płeć, a także rekordowo długą kadencję, która liczyła jedenaście lat), twórcy skupili się nie tylko na aspekcie politycznym, ale przede wszystkim na aspekcie ludzkim, ukazując ją jako żonę, matkę i kobietę, a warto wspomnieć, że ukazani w serialu polityczni poprzednicy Margaret, a więc Winston Churchill czy Harold Macmillan, przedstawieni zostali o wiele skromniej.

Z jednej strony widzimy ,,Żelazną Damę'' w roli twardej szefowej politycznej bandy, nieugiętej i błyskotliwej. Z drugiej - stereotypowej kobiety, z chęcią poddającej się utartej roli matki i żony. Ponadto ,,The Crown'' ukazuje relację królowej i premier, która była dość zawiła i delikatnie mówiąc - zimna.

Księżna Diana

Lady Di z kolei poznajemy jako młodą dziewczynę, wynajmującą mieszkanie wraz z przyjaciółkami. Na jej drodze staje książę Karol, który skończył już trzydzieści lat i czując presję ze strony rodziny, musi znaleźć żonę. Gdy dziedzic korony zaczyna interesować się Dianą, tej wydaje się, że to piękny, bajkowy sen. Niestety, jak wiemy z różnego rodzaju biografii, związek ten nie był usłany różami. Przede wszystkim dlatego, że Karol Windsor zakochany był w Camilli Parker Bowles.

Ich związek nie miał jednak racji bytu, a książę (za sugestią rodziny) musiał zapomnieć o swojej prawdziwej miłości. Pech chciał, aby to właśnie Diana musiała na własnej skórze przekonać się, czym w praktyce jest ,,małżeństwo z rozsądku''. Spencer ukazana jest jako nieszczęśliwa bulimiczka, próbująca zadowolić wiecznie nadąsanego męża. Z czasem na świat przychodzą synowie pary, William i Harry. Niestety nawet oni nie potrafią sprawić, że rodzice spojrzą na siebie z miłością. Chyba że w pobliżu stoją kamery - wtedy wszystko musi wyglądać dobrze.

Na świeczniku

Produkcja pokaże Ci, drogi widzu, że bycie członkiem rodziny królewskiej tylko z pozoru przypomina bajkę. Być może po obejrzeniu ,,The Crown'' stwierdzisz, że niepotrzebna Ci korona. Twórcy przedstawiają nam rodzinne niesnaski, problemy i wszystko to, co wiąże się z wiecznym byciem na świeczniku. W czwartym sezonie poruszono również temat kuzynek Elżbiety II i jej siostry Małgorzaty, które rzekomo zmarły w bardzo młodym wieku. W rzeczywistości jednak okazało się, że obie kobiety zamknięto w zakładzie przeznaczonym dla osób z trudnościami. Czy żaden z członków rodziny królewskiej nie może borykać się chorobami duszy?

Życie jest przewrotne

Główną zaletą serialu jest obiektywizm. Emmie Corrin z dużą precyzją udało się wejść w rolę tragicznej bohaterki, a więc wzbudzającej sympatię i współczucie Diany. Obserwując jej postać można dostrzec, że życie u jej boku z pewnością nie było łatwe. Księcia Walii, Karola, przedstawiono jako instrumentalnie traktującego egoistę, którego jednak trudno jest oceniać, bo i on jest ofiarą tego związku. Gillian Anderson w roli ,Żelaznej Damy'' z pewnością przykuwa uwagę widza, z racji tego, że stworzyła niezwykle charakterystyczną postać. Niestety, aktorka tak bardzo pragnie jak najlepiej odegrać swoją postać, że aż w pewnych momentach staje się irytująca i karykaturalna.

,,The Crown'' trzyma poziom od czterech lat. Możemy więc być pewni, że nie zawiedziemy się, gdy Netflix poinformuje nas o dostępności piątej transzy. Niestety, być może właśnie w piątym sezonie czekają nas najtragiczniejsze wydarzenia z życia Lady Di...

Autor: Aleksandra Kucza

Na muzyce to się znają! Recenzja Marshall Major III BT

Marshall już od lat 60 XX wieku stara się pokazać nam, że wie dużo o dobrym brzmieniu. Sama marka początkowo była sklepem muzycznym, jednak z biegiem czasu Jim Marshall postanowił tworzyć swój sprzęt gitarowy. Marshall miał być lepszym i tańszym odpowiednikiem Fendera, czyli ikony wśród gitarzystów. Tym razem jednak nie będę pisał o marce a o ich produkcie. Kilka miesięcy temu w moje ręce wpadły słuchawki Marshall Major III i to właśnie o nich będzie ten tekst!

Klasyczny, ale z pazurem!

Mowa oczywiście o wyglądzie. Ten nawiązuje bezpośrednio do wszystkich wzmacniaczy i urządzeń Marshalla! Design jest minimalistyczny i można powiedzieć, że to nowoczesne retro słuchawki. Klasyka zawsze będzie w modzie, tym bardziej że zewnętrzna część muszli jest oznaczona znanym na całym świecie logiem brytyjskiej firmy.

Prawie cały gadżet został wykonany z ekoskóry, która jest wytrzymała i dodaje elegancji. W środkowej części pałąka znajdziecie wytłoczone logo firmy, a przy słuchawkach informacje o stronie. Każda nausznica jest połączona z pałąkiem metalowym elementem, który służy do regulacji słuchawek.

Te pasują na każdą głowę więc spokojnie mogą być prezentem dla melomana. Wracając do designu nausznice również są obłożone przyjemną w dotyku ekoskórą. W tym momencie warto zaznaczyć, że słuchawki występują w dwóch wersjach. Przewodowej i bezprzewodowej. Wersja przewodowa posiada dwa gniazda jack na każdej ze słuchawek, natomiast wersja bezprzewodowa posiada tylko jedno gniazdo. Do tego tematu jeszcze wrócimy, jednak chciałbym zaznaczyć, że słuchawki BT posiadają złoty kontroler kierunkowy do odbierania połączeń, zmiany głośności albo utworu.

Grają, oj dobrze grają!

To największa zaleta słuchawek Marshalla. Ich brzmienie jest naprawdę głębokie i potrafi dostarczyć wielu niezapomnianych wrażeń akustycznych. Niezależnie od gatunku muzycznego, którego słuchasz. Wszystko brzmi naprawdę dobrze, zaczynając od muzyki klasycznej, przez hip-hop dochodząc aż do rocka czy metalu. Dźwięk jest głęboki i wyważony i co ciekawe, nie potrzeba dodatkowego korektora audio, aby słuchawki brzmiały naprawdę dobrze! 40 mm głośniki zainstalowane w urządzeniu są głośne, a nawet bardzo głośne. Posiadają swoją regulację głośności, więc każdy może dostosować do siebie swoje ustawienia.

Cóż więcej?

Sprzęt audio układa się naprawdę wygodnie na głowie, dzięki temu słuchawki dobrze przylegają do uszu i dobrze wygłuszają otocznie. Już nie będziecie mieli problemu z tym, że słyszycie wszystko, a muzykę słabo. W tym miejscu musze pochwalić Marshalla bo zapewnia, że słuchawki wytrzymują 30 godzin na jednym ładowaniu. Otóż Marshall Major III to ponad 30 godzin słuchania muzyki, rozmów i grania. A jak bateria pada to spokojnie podłączycie kabel i można bawić się dalej!

Miałem wspomnieć o 'Jacku', więc wspominam. Otóż nie ważne czy macie wersję „na kablu” czy BT możecie słuchać dźwięków razem! Jak? Wystarczy podłączyć drugie słuchawki do waszych Marshalli i już. To bardzo wygodne rozwiązanie, jeśli np. podróżujecie wspólnie i chcecie dzielić się dźwiękiem z filmu lub po prostu muzyką. Szczerze mówiąc po raz pierwszy spotkałem się z takim rozwiązaniem i miło się zaskoczyłem. Plusem słuchawek jest także cena. Te znajdziecie poniżej 400 zł więc naprawdę tanio na to, jak potrafią grać. Kolejną zaletą urządzenia jest to, że są naprawdę kompaktowe jak na słuchawki nauszne. Ważą zaledwie 178 gramów i można je złożyć. W pudełku znajdziecie kabel do ładowania, Jacka 3,5 mm oraz masę papierów z różnymi informacjami od instrukcji do informacji o legalności i bezpieczeństwie.

Dla kogo to sprzęt?

Jeżeli cenicie sobie dobre brzmienie, słuchając wielu gatunków muzycznych lub chcecie czasem podzielić się dźwiękami, to będziecie zadowoleni. Słuchawki odnajdą się nawet w domowym studio, jeżeli szukacie w miarę równego zestawu. Ich największą zaletą jest jakość audio i żywotność baterii, a to chyba dwa podstawowe wymagania jakie stawiamy sobie przy wyborze słuchawek bezprzewodowych.

Autor: Mateusz Jamroz

ENJOY THE FLOW Z CNNBS53

O 'pozytywnych' właściwościach oleum wspominał już sam Onufry Zagłoba, który stosował je regularnie, ale niech Was nie zmylą opowieści fikcyjnej postaci sprzed ponad 130 lat. Z każdym dniem przybywa argumentów oraz badań, które dowodzą, że przyjmowanie olejów konopnych ma jednoznacznie korzystny wpływ na modulowanie układu immunologicznego, odpowiadającego za odporność naszego organizmu.

Kannabidiol

Co to jest CBD? To najważniejsza substancja aktywna znajdująca się w medycznej konopi. Zwany też kannabidiolem, jest produktem powstającym z kwiatów, liści i w mniejszym stopniu łodyg konopi siewnych. Zawiera mniej niż 0,2 proc. THC, jest więc w pełni legalny i dostępny bez recepty.

Olejki CBD mają wiele zastosowań. Produkty marki Cnnbs53 mają wpływ na wyciszenie, uspokojenie, poprawę diety, a nawet regenerację.

Swoim działaniem naśladuje substancje naturalnie występujące w organizmie człowieka i pomaga w regulowaniu zachodzących w nim procesów. Olej CBD nie jest psychoaktywny, nie powoduje skutków ubocznych, nie odurza i nie uzależnia.

PODLECZYSZ SKÓRĘ i SIĘ WYŚPISZ!

W celach zdrowotnych olejek CBD spożywa się przyjmującą niewielką dawkę doustnie, pod język. Istnieje również wiele badań, które wskazują na pozytywne właściwości przy stosowaniu na skórze. Oleje CBD łagodzą obrzęk, zaczerwienienia, a nawet pomagają w leczeniu łuszczycy. Sami sprawdziliśmy również właściwości wyciszające i relaksujące. Stosując olejek CBD NN53 już po 2 dniach spało się wyraźnie lepiej, a regeneracja organizmu była na zupełnie innym poziomie.

EKSTRAKCJA CO2

Warto zwrócić uwagę na produkty pełnowartościowe. Marka Cnnbs53, jako jedna z nielicznych, stosuje ekstrakcję nadkrytycznym dwutlenkiem węgla CO2. Co to oznacza? Jest to tzw. metoda RAW (surowa), która polega na pozyskiwaniu wyciągu roślinnego bez degradacji czy utraty jego właściwości, co często zdarza się w wyższych temperaturach. Dzięki tej metodzie zachowuje się niezbędne omegi, witaminy i minerały. Oleje Cnnbs53 zachowują naturalną, złożoną strukturę konopi, składającą się z ponad 400 niezmienionych cząsteczek, są organiczne, bez GMO, bezpieczne nawet dla małych zwierząt! Zwierząt? Tak! Tu też robi się ciekawie!

RELAKS DLA PUPILI

Dużym zaskoczeniem był fakt, że w swojej ofercie producent posiada również produkt dla naszych pupili. Argumentacja okazuje się jednak niezwykle trafna. Nasi najmniejsi domownicy często stresują się z najróżniejszych powodów. Źle znoszą podróż, przeszkadza im hałas lub cierpią na jakieś dolegliwości. Są np. rasy, które genetycznie są narażone na ataki padaczki i tutaj olejki CBD spełniają bardzo ważną rolę.

Susz, wrzątek i herbatka!

Jeżeli jesteście fanami różnego rodzaju naparów, ziół lub po prostu lubicie wypić kubek ciepłej herbaty to warto spróbować też herbaty konopnej NN53.
Zawartość słoja od Cnnbs53 to 100% suszu konopnego bez żadnych dodatków. Pojemnik, ma banderolę z logo producenta, co pokazuje, że ten nigdy nie był otwierany. Zioła, które są wewnątrz są świeże i w pełni wysuszone. Po otwarciu poczujecie wyraźny aromat suszu, który ma 1,7% CBD i 0,2 THC (dopuszczona dawka). Jedna porcja w zupełności wystarczy, aby zrelaksować się po ciężkim dniu pracy. Herbatę najlepiej parzyć w specjalnym kubku z sitkiem około 3 do 4 minut. Natomiast hipnotyzujący jest moment kiedy kwiatostan odżywa i rozpościera liście. Ważne jest, aby odczekać chwilę po zagotowaniu wody.

Zastanawiacie się pewnie jak taki wywar smakuje. Trudno jest go porównać do jakiegokolwiek innego, ponieważ konopia sama w sobie posiada bardzo dziwne walory smakowe. Polecamy jednak pić bez cukru, bo po pierwsze to zdrowo, a po drugie zioła smakują lepiej bez dodatków. Na oficjalnym sklepie producenta trwa obecnie promocja, w której przy zakupie olejku dostaniecie taką herbatkę gratis!

Just relax!

Relaks, to klucz. Fenomen olejków CBD polega na tym, że zwyczajnie po nich nie „kopie”, a pozwala się w pełni zrelaksować i korzystać z dobrodziejstw pięciolistnej rośliny. Stres jest chorobą XXI wieku, dlatego warto zadbać o swoje zdrowie poprzez produkty z CBD.

Więcej na oficjalnej stronie Cnnbs53
www.cnnbs53.pl 


Range Rover Velar – Awangarda 4x4

Są samochody, które od samego początku wywołują szybsze kołatanie serca. Znacie ten przebój Roxette „She’s got The look”? No właśnie... .mniej więcej takie było odczucie za każdym razem, patrząc na najpiękniejszego z obecnie produkowanych Range Roverów, czyli model Velar. To, co było fascynujące to fakt, że ta cała symfonia emocji pojawia się jeszcze przed uruchomieniem silnika. Później jest już tylko lepiej.

Wyrafinowany słownik

Projekt Velar sięga lat 60’ kiedy to Land Rover chciał ukryć swoją tożsamość, pracując nad prototypem auta z silnikiem V8, które w sposób nienachalny połączy off-roadowe możliwości modelu Defender z codziennym użytkowanie i komfortem. Stąd nazwa projektu Velar, z łac. Velare oznacza "zakrycie" lub "w ukryciu". Velar był 3-drzwiowym pojazdem, który w pewnym sensie, stanowił preludium klasy SUV. Miał charakterystyczne pudełkowate kształty i okrągłe lampy, a cała konstrukcja była wyraźnym odstępstwem od tego, co można było spotkać na drogach.

Po ponad 50-ciu latach przyszedł czas na następcę. Nowy model firmuje się słowami takimi jak szykowny, awangardowy i bezprecedensowy. Dzisiejszy Velar nie ma nic do ukrycia i choć nie jest flagowym modelem marki, to zdecydowanie mógłby nim być.

Okrzyknięty najpiękniejszym samochodem 2018 roku, Velar łączy w sobie przepych, nowoczesność i elegancję charakterystyczną dla brytyjskiej marki

Bryła przyszłości

Velar nie należy do samochodów kompaktowych. Jego bryła, zawieszenie oraz sprytny napęd 4x4 sprawiają wrażenie nowoczesnego pojazdu wielozadaniowego, który ma nam ciągle przypominać na czym polega luksus. Na zewnątrz to smukłe linie, pokaźne koła, wąskie lampy LED i elektrycznie wysuwane klamki drzwi. Wszystko tu gra i posiada odpowiednie proporcje. Linia nadwozia jest niczym odcięta od szyb i dachu prostą wykreślną, a całość doskonale reprezentuje Range Rover’ową filozofię projektowania redukcjonistycznego.

Luksus tkwi w szczegółach

Jest tego trochę. Zaczynając od proporcji, jak wspominaliśmy wcześniej, samochód wygląda, jakby był zaprojektowany według złotego podziału. Koła w dowolnej konfiguracji nie wyglądają w nim na za małe lub ordynarnie wielkie. Pomimo swojego rozmiaru konstrukcja nadwozia wygląda na smukłą, a momentami wręcz lekką. Następnie mamy charakterystyczne lampy matrycowe LED, chowające się w nadwoziu klamki, szeroki grill oraz wielką dostojną maskę. Jest to samochód, który ma nas odcinać od rzeczywistości i ma sprawiać, że czujemy się wyjątkowo, jako jego posiadacze. Jak to wygląda w środku?

Komfort 'Jowialny'

Czytając jeden z pierwszych artykułów brytyjskiej prasy, który pojawił się zaraz po premierze, natrafiłem na taki opis: „Range Rover Velar is a graceful, glamorous, debonair five-door SUV with absolutely nothing to hide.” Debonair to po polsku „Jowialny”. Innymi słowy, bezpośredni z charakteru, przystępny, rozrywkowy, a nawet towarzyski i faktycznie, wnętrze modelu Velar jest pewnego rodzaju deklaracją prezentującą przyszłość ergonomii.

Odkładając na bok oczywiste oczywistości takie, jak najwyższy poziom wykończenia, otulające fotele, skórzaną tapicerkę i przestrzeń, kierowca ma przed sobą prawdziwe centrum dowodzenia z jedną z najlepszych iteracji cyfrowego kokpitu oraz konsoli głównej. System Touch Pro Duo to konsola główna składająca się z dwóch ekranów dotykowych oraz pokręteł, które zmieniają swoją funkcję w zależności od opcji. Oczywiście panele dotykowe mają swoje plusy i minusy, nie są na początku zbyt intuicyjne, ale inżynierowie Land Rovera idą wyraźnie po swoje i tutaj czapki z głów, ponieważ responsywność całości to prawdziwa klasa.

Na drodze ponad innymi

Choć z modelem Velar spędziliśmy krótką chwilę, to mieliśmy okazję jeździć nim po różnych nawierzchniach. Od asfaltu po najbardziej paskudne drogi małych miejscowości. Na szczęście na końcu tej trasy był przyjemny szuter i Winny Dworek w lubuskim Górzykowie. Zawieszenie samochodu posiada wyjątkowy balans pomiędzy sportem i niespotykanym komfortem. Mamy tu świetną przyczepność podczas dynamicznej jazdy oraz prawdziwą łódź, kiedy auto wyczuje, że chcemy jechać komfortowo. Siedzimy wysoko i czujemy się dostojnie, tak więc cały komunikat się zgadza.

Po prawie 4 latach od premiery Range Rover Velar to nadal swoisty król segmentu SUV. Oczywiście to nasza skromna opinia, ale nadal ciężko nie obejrzeć się za jego sylwetką, zachwycić jego luksusem i pokochać, jako maszynę.


The Haunting of Bly – straszy czy wzrusza?

Aż chce się powiedzieć, że historia o nawiedzonym domu nie jest już w stanie ani nikogo przestraszyć, a już tym bardziej zaskoczyć. Z odsieczą przybywa jednak Netflix, który przywraca wiarę w dobre kino z duchami i nawiedzonym miejscem w tle.

Po sukcesie ,,The Haunting of the Hill House’’, serialu bazującego na kultowej powieści Shirley Jackson z 1952 roku, reżyser Mike Flanagan postanowił pójść o krok dalej. Co prawda w Hill House nie pozostawiono miejsca na sequel, ale jak się okazało – dla Netflixa i Flanagana nie stanowiło to żadnego problemu. ,,The Haunting of Bly’’ to zupełnie świeża historia, pozostająca jednocześnie częścią antologii, tym razem poniekąd inspirowana powieścią Henry’ego Jamesa z 1898 roku, o tytule ,,W kleszczach lęku’’.

Wesele pewnej pary i dwór

Wszystko zaczyna się w 2007 roku, podczas gdy widz jest świadkiem przygotowań do wesela pewnej pary. Na spotkaniu grona bliskich sobie osób, jedna z kobiet zaczyna opowiadać historię z kategorii ,,tych strasznych’’ i tym oto sposobem zabiera swoich słuchaczy (w tym nas, widzów) do końcówki barwnych lat 80. Barwnych, bo produkcja rozpieszcza pod względem wizualnym. Twórcy zadbali o charakterystyczny ubiór, pojazdy, fryzury, czy wystroje pomieszczeń. Kto lubi kostiumówki, ten z pewnością doceni tego rodzaju walory, a kto tęskni za serialem ,,You’’, na pewno ucieszy się na widok Victorii Pedretti, która wciela się tu w młodą au pair o imieniu Dani Clayton, która przyjechała do Londynu z dalekiej Ameryki, aby uciec przed demonami bolesnej przeszłości. Bohaterka znajduje pracę, która z daleka wydaje się zbyt piękna, aby mogła być prawdziwa – opieka nad wybitnymi dziećmi, w pięknym, zabytkowym dworze. Podejrzenia dziewczyny wzbudza fakt, że ogłoszenie widnieje na tablicy od pół roku i uporczywie nie znika… Dlaczego?

Po przyjeździe do urokliwej wioski Bly, Dani odkrywa, że dwór skrywa wiele mrocznych tajemnic i potężną klątwę, która nad nim ciąży, a słowa, które usłyszała od swojego współpracownika (,,Wieś jest jak bezdenna studnia – łatwo w niej utknąć’’), mają znaczenie o wiele głębsze, niż mogłoby się wydawać

O co chodzi w Bly?

Można byłoby pomyśleć, że klasycznie – o duchy – i nie jest to wcale błędne myślenie, bo liczne upiory (a raczej wspomnienia), faktycznie mają tutaj spore znaczenie. Nigdy bym się tego nie spodziewała, ale pierwsze skrzypce w tym serialu odgrywa jednak… miłość! Nie ma tu przyprawiających o mdłości love story, ale bohaterowie z krwi i kości, którzy stanowią dla widza zagadkę, którą aż chce się odkrywać. Każdy z nich posiada swoją własną historię, którą powinien przepracować. Wszyscy przeżywają inny rodzaj miłości – jesteśmy świadkami miłości dzieci do zmarłych rodziców, miłości, która popycha do samobójstwa, miłości między duchem a człowiekiem, miłości LGBTQ, czy też miłości matki do córki, która podszyta jest własnym ego. Wszystkie te wątki opowiedziane są w sposób dokładny i mocny do tego stopnia, że nawet widz, który nie lubi się bać, wychodzi z własnej strefy komfortu i przezwycięża strach, aby poznać finał losów mieszkańców dworu.

Tytuł głównego stracha Bly bezapelacyjnie powinien trafić do ,,Pani z jeziora’’, która nawiedza dom w poszukiwaniu swojej ukochanej córeczki. Czarnowłosa zjawa co prawda zabija każdego, kto niefortunnie staje na jej drodze, ale nie oceniajcie jej za szybko. Poczekajcie, aż poznacie jej historię

KOLORY

Oprócz wciągającej fabuły produkcja przyciąga wizualnie – szarość, błękit i czerń nadają opowieści melancholijny wydźwięk, a gdyby dodać do tego precyzję ujęć, można by spokojnie stwierdzić, że jest to serial wyjątkowo klimatyczny ze względu na tego rodzaju otoczkę.

Dla kogo?

,,Nawiedzony dwór w Bly’’ to historia adresowana nie tylko do fanów horroru. Pogmatwane psychologicznie postaci i wzruszająca aura sprawiają, że tak naprawdę w Bly zakochać się może każdy typ widza. Co więcej, Flanagan w przepiękny sposób tłumaczy nam, jak destrukcyjny jest czas i że kiedyś wszyscy staniemy się tylko wspomnieniem. Serial zdecydowanie idealny na długie jesienne wieczory. Wady? Furtka do następnego sezonu została już raczej zamknięta na kłódkę, a szkoda, bo aż chciałoby się znowu przekroczyć jej próg.

Autor: Aleksandra Kucza