BLONDE - Dusza Marilyn Monroe zbadana na nowo! Tym razem tylko dla dorosłych!

Photo credit: Netflix

Każdy jej dzień rozpoczynał się od lęku. Bała się, że beznadziejnie wygląda, nie daje z siebie wystarczająco dużo i że popadnie w obłęd, który mogła otrzymać w genetycznym spadku po chorej na schizofrenię paranoidalną matce. Uwielbiała psy, jogę i meszek na swojej buzi, ponieważ – jej zdaniem – dodawał twarzy więcej delikatności. Do łóżka kładła się nie w ulubionej piżamie, ale w ukochanych perfumach. Choć w pracy czarowała uśmiechem i bezwstydną nagością, po godzinach zmagała się z samotnością i nawracającymi demonami przeszłości, uspokajanymi kropelką alkoholu.

Prawda była jednak taka, że nawet środki odurzające nie były w stanie zagłuszyć krzyku mieszkającej w niej dziewczynki.

Ona również ulepiona była z obaw i braku poczucia bezpieczeństwa. Odrzucona, molestowana seksualnie, przebywająca w sierocińcu, nie miała pojęcia, że już za kilkanaście lat pokocha ją cały świat. Nie wiedziała też, że choć publiczność oszaleje na punkcie Marilyn Monroe, nikt nie spróbuje zakochać się w nieśmiałej i pogubionej Normie, skrywającej się za maską blondwłosej seksbomby. Nie zdawała sobie także sprawy, że – podobnie jak matka oraz babcia – i ona trafi na oddział psychiatryczny.

,,Blondynka’’ – takiej biografii jeszcze nie było!

Jest coś takiego w Normie Jeane Mortenson, co nie daje o sobie zapomnieć. W sierpniu tego roku minie dokładnie sześćdziesiąt lat od jej odejścia, ale nawet mimo tego faktu kobieta od dziesięcioleci snuje się po głowach twórców, próbujących opowiedzieć na nowo jej historię. Jedną z takich produkcji będzie ,,Blondynka’’, której premiera nastąpi już we wrześniu na Netflixie.

Photo credit: Netflix

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że inspiracją do powstania filmu była nagrodzona Pulitzerem książka Joyce Carol Oates. Złośliwi twierdzili dotąd, że ,,Blonde’’ to biografia, której nie da się sfilmować. Autorka przedstawiła Monroe inaczej od swoich poprzedników, bo w sposób o wiele bardziej intymny i tajemniczy, pobudzający czytelnika do własnej interpretacji zapisanych słów. Nie znajdziemy tu laurki ku czci największej gwiazdy kina i suchych opisów, ale rzetelny raport stanu osobowości poranionej, próbującej odnaleźć sens własnego istnienia.

Kto zagra Marilyn?

Jak to zmieścić w filmowym kadrze? Odpowiedzi na takie pytanie udzieli nam australijski reżyser – Andrew Dominik – znany jako twórca produkcji takich jak ,,Zabójstwo Jessy’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda’’ lub ,,Zabić, jak to łatwo powiedzieć’’. Wiele relacji zdradza, że rola Marilyn zaproponowana została takim artystkom jak Naomi Watts i Jessica Chastain, ale obie aktorki zdecydowały się odrzucić tę rolę. Finalnie angaż dostała – nominowana do Złotego Globu za rolę w filmie ,,Na noże’’ – Ana de Armas.

Projekt doczekał się także komentarza autorki powieści, Joyce Carol Oates, która po obejrzeniu tak zwanej ,,surówki’’ filmu napisała na swoim Twitterze następujące słowa: ,,To zaskakująca, genialna, bardzo niepokojąca i [być może najbardziej zaskakująca], totalnie „feministyczna” interpretacja… Nie mam pewności, czy jakikolwiek inny reżyser płci męskiej kiedykolwiek zrobił coś podobnego’’.

Film tylko dla dorosłych!

Choć fani – czekający na tę produkcję od 2010 roku! – z pewnością nie mogą doczekać się planowanej na wrzesień premiery, złośliwi wypatrują tu wielkiej klapy. Wszystko przez kategorię wiekową NC-17, jaką ,,Blondynka’’ otrzymała od Motion Pictures Association. Kategoria ta należy do najbardziej rygorystycznych i zagrażających dziełu, które ogranicza widownię do osób dorosłych ze względu na zawarte w filmie sceny brutalne, erotyczne lub inne, mogę w sposób destruktywny wpłynąć na nieletnich. W praktyce oznacza to, że film może nie trafić do takiej liczby odbiorców, jaka usatysfakcjonowałaby twórców. Pytanie tylko, w jaki sposób Netflix ograniczy dostęp do filmu nieletnim widzom? Czy sceny, które wywołały całą tę aferę, nie zadziałają wręcz przyciągająco?

Data premiery i gwiazdorska obsada

Netflix – zgodnie ze swoim zwyczajem – najlepsze premiery odsłania właśnie jesienią, a póki co śmiało można podejrzewać, że będzie to kolejny hit. O tym, czy krytycy faktycznie okażą się łaskawi, przekonamy się już 23 września, kiedy film Andrew Dominika trafi na platformę. Oprócz wspomnianej już wcześniej Any de Armas [Marilyn Monroe], na ekranie zobaczymy również takich artystów jak:

- Bobby Cannavale – w roli pierwszego – toksycznego – męża Marilyn, Joego DiMaggio.
- Adrien Brody  – jako dramatopisarz, laureat Pulitzera i drugi mąż gwiazdy, Arthur Miller.
- Julianne Nicholson –  w roli matki aktorki.
- Xavier Samuel – wcielający się w rolę Cassa Chaplina, syna Charliego, domniemanego kochanka Marilyn.

Marilyn doceniała sławę i bogactwo, ale do końca życia nie pogodziła się z faktem, że uczyniono z niej niemy symbol seksu. Za prawdziwe szczęście uznawała bezwarunkową miłość i bliskość, jaką mógłby zapewnić jej ,,ten jedyny’’. Nie odnalazła go, mimo starań wielu zainteresowanych. Bliskość Marilyn ,,pozostała w cenie’’ również po jej śmierci. Miejsca sąsiadujące z grobem aktorki na cmentarzu w Los Angeles zyskały na wartości, a z oferty kupna sąsiedniej krypty skorzystał nawet Hugh Hefner – człowiek, który lata wcześniej uczynił młodą Normę pierwszą Dziewczyną Miesiąca magazynu ,,Playboy’’.

O bliskości – błogosławieństwie i przekleństwie Normy Jeane Mortenson – mówiono już wiele razy. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że twórcza wrażliwość Andrew Dominika oraz Joyce Carol Oates, obrodzi w zupełnie nowe spojrzenie na kobietę wciąż traktowaną jako symbol – choć sprawiało jej to tyle bólu.

AUTOR: ALEKSANDRA KUCZA

Jurassic World: Dominion - Kinowy rollercoaster z dinozaurami w tle! [RECENZJA]

Źródło: Materiały Prasowe

Steven Spielberg i Joe Johnston – kto nie zna reżyserów, którzy specjalnie dla nas przenieśli na szklany ekran fantastyczną historię o wielkich gadach? Dziś stworzone przez nich filmy to już pochodząca z lat 90. ubiegłego wieku klasyka, jakiej nie da się podrobić.

Mimo to kilkanaście dni temu do kin trafiła ostatnia część trylogii ,,Jurassic World’’, wyreżyserowana przez Colina Trevorrowa, będąca nowoczesną wersją spojrzenia na świat, w którym ludzie musieliby kooperować z prehistorycznymi gigantami. Absolutnym wabikiem mającym zachęcić starszą część widowni do zakupienia biletu, miała być rzecz jasna obecność bohaterów, których znamy z ,,Parku Jurajskiego’’ – Laury Dern, Sama Neill’a oraz Jeffa Goldbluma. Jak się jednak okazało, sentymentalna obsada to znikoma gwarancja na sukces.

PARK JURAJSKI POWRACA!?

Jeśli kiedykolwiek myśleliście o tym, jak potoczyły się dalsze losy ekipy z ,,Parku Jurajskiego’’, najnowsza część z pewnością zaspokoi Waszą ciekawość. Cóż, Alan Grant nadal poszukuje w ziemi wiekowych kości i wciąż mówi sam do siebie – w tej kwestii nie zmieniło się nic a nic, tyle że jego słuchacze poszli z duchem czasu, odrzucając myślenie o niebieskich migdałach na rzecz smartfonów. Ellie Sattler z kolei zdaje się odbiegać od paleontologii na rzecz entomologii, a dokładniej – badania sprawy ogromnej i zmutowanej szarańczy, niebezpiecznej nie tylko dla upraw, ale i ludzi. Co ciekawe, na jaw wychodzi fakt, że budzące postrach owady interesuje ziarno każdego rodzaju, z wyjątkiem tego zmodyfikowanego genetycznie przez korporację Biosyn, zajmującej się programowaniem zwierząt. Nie trudno wyczuć, że szarańcza i najnowsza technologia mogą mieć ze sobą wiele wspólnego, dlatego Ellie nie traci czasu i jak najszybciej konfrontuje tę sprawę z nikim innym, jak z Alanem Grantem. Tuż po tym – dosyć sentymentalnym – spotkaniu, oboje ruszają we wspólną drogę, aby spotkać się z Ianem Malcolmem, który – dziełem przypadku – pracuje dla Biosyn.

Źródło: Materiały Prasowe

Tymczasem gdzieś na drugim końcu Stanów Zjednoczonych sielskie życie postaci z ,,Jurassic World’’ – Owena, Claire i ich przybranej córki Maisie – trwa w najlepsze i to na skraju lasu! Nie brakuje tu klimatu flanelowych koszul, małego domku pośrodku zaśnieżonego lasu, Chevroleta z drewnianymi panelami po bokach, rąbania drzewa, a nawet… humorzastego raptora, obserwującego wszystkie te scenki zza krzaków! Na szczególne zainteresowanie zasługuje w tym przypadku Owen, pracujący jako łapacz dzikich dinozaurów narażonych na niebezpieczeństwo. Bo – jeśli nie wiecie – pobudzone do życia prehistoryczne gady doszczętnie zadomowiły się na ziemi, w wodzie oraz w powietrzu. Niestety, nowi mieszkańcy globu padają ofiarą kłusowników, sprzedających ich na czarnym rynku . Swoją drogą, możemy być pewni, że jeśli fabuła filmu opierałaby się na faktach, człowiek faktycznie byłby zdolny do zabijania dinozaurów celem przyrządzenia – i sprzedania – posiłku lub wyrobu biżuterii. Takich, którzy z chęcią zamieniliby spacery z psem na przechadzki z raptorem, również by nie zabrakło.

Ci sami kłusownicy postanawiają okraść Owena i Claire. Łupem pada nastoletnia Maisie – niezwykle ważna postać dla tej częście – oraz potomek Blue, raptor znanej z poprzednich części. Aby odzyskać swoje zguby, główni bohaterowie zmuszeni będą przemierzyć połowę świata.

ALE ZARAZ! GDZIE SĄ DINOZAURY?

Teoretycznie wspólnym mianownikiem obu powyżej opisanych – i ostatecznie się ze sobą zasklepiających – wątków, są oczywiście prehistoryczne gady. Wizja narzuconej symbiozy pomiędzy człowiekiem a dinozaurem jest niezwykle ciekawa, jednak twórcy postanowili nie skupiać się na niej wystarczająco dokładnie. Mamy tu scenę na czarnym rynku lub widok na gniazdo pterodaktyli, usadowione u szczytu wieżowca, ale poza tym? Jest tego tyle, co nic. ,,Jurassic World: Dominion’’ to tygiel różnych gatunków, wśród których najbardziej wyróżnia się kino szpiegowskie oraz kino akcji. Owen i Claire uporczywie szukają córki, a ich przygody przypominają ,,Mission Impossible’’ lub ,,Szybkich i wściekłych’’, choć oczywiście w o wiele uboższej odsłonie.

Cały film składa się z akcji do tego stopnia, że czasami widz nie ma czasu wziąć oddechu.

Ktoś, kto wybiera się na produkcję tego typu, zdaje sobie sprawę z fikcji – owszem – jednak sceny zawarte w ,,Dominion’’ bywają aż za bardzo surrealistyczne. Wspomniani już Owen i Claire bez problemu pozyskują ściśle tajne informacje od CIA i już samo to uznać można za absurd, ale scenarzyści mimo wszystko postanowili pójść o krok dalej. Zakochana para okazuje się o wiele lepiej wyszkolona w walce od agentów! W tyle nie pozostają również Ellie i Alan, którzy na pełnym luzie dostają się do pilnie strzeżonej strefy wielkiego laboratorium, należącego do niezwykle prestiżowej firmy. Bułką z masłem okazuje się również wyprowadzenie ze strzeżonego laboratorium dziecka, które warte jest więcej niż miliony monet.

Źródło: Materiały Prasowe
Źródło: Materiały Prasowe

Na ekranie dzieje się bardzo dużo, czasami są to wydarzenia dość przerysowane, ale pies pogrzebany jest gdzie indziej. Chodzi o zdecydowanie za długi czas trwania filmu, brak logiki w scenariuszu, dziury i zmiany w dotychczasowym kanonie.

Jeśli już iść, to ze względu na jakie plusy?

Powiedzmy to sobie wprost – jeśli kochamy ,,Park Jurajski’’, musimy obejrzeć szóstą, najnowszą część opowieści o dinozaurach. Mimo wad filmu, odnaleźć tu można oczywiście kilka mocnych plusów. Do najważniejszych zaliczyć można fakt, że ostatnie (+/-) 30 minut produkcji to stara, dobra akcja, znana z ,,Jurassic Park’’. Dostajemy tu wynurzającego się z krzaków T-rexa i innego jaszczura. Tuż po chwili z lasu wybiega kolejny gigant – również w wygłodniałym nastroju. Co może pójść nie tak? No cóż, nasi bohaterowie znowu balansują pomiędzy wielkimi łapami gadów, balansując tym samym na granicy życia i śmierci. Jest to wspaniałe show, na które aż miło popatrzeć. W filmie nie brakuje również pewnego napięcia, które towarzyszy widzowi w trakcie niektórych scen – bo nie wszystkie są nieprzemyślane. Na poklask zasługują też dobre żarty i – jakżeby inaczej! – powrót bohaterów z oryginału!

Czy warto pójść? Jasne! Podstawą jest jednak to, aby niczego od twórców nie oczekiwać. Tylko pełen luz sprawi, że seans będzie przyjemny, a poczucie niesmaku znośne.

AUTOR: ALEKSANDRA KUCZA

LAYER Home Harmony - Łączność dyskretna i piękna!

Marka LAYER, we współpracy z Deutsche Telekom Design, zaprezentowała przyszłość urządzeń domowych. Projekt, o którym mowa, nazywa się „Connectivity Concept”, a jego autorem jest Benjamin Hubert z LAYER. Jest to rodzina sześciu produktów telekomunikacyjnych nasyconych inteligentną technologią od Deutsche Telekom Design. Subtelny język wizualnym doskonale uzupełni wszystkie domowe wnętrza.

CC to kolekcja składająca się z obiektów o delikatnych geometrycznych formach i dyskretnych interfejsach – ta linia została wykonana z przyjemnych w dotyku materiałów, głęboko inspirowanych wzornictwem mieszkaniowym.

Router ma czystą, minimalistyczną sylwetkę z zakrzywioną, lustrzaną powierzchnią, która maskuje interfejs i odbija otaczające środowisko. Po aktywacji wykorzystuje język konwersacyjny, który unika żargonu, budując relację między produktem, a użytkownikiem. Router można dodatkowo podłączyć do maksymalnie pięciu repeaterów. Całość wykonana jest z drewna z wypukłą powierzchnią i miękko zaokrągloną skorupą.

Multimedia piękne, jak nigdy!

Dekoder i listwa dźwiękowa to uniwersalne centrum multimedialne. Uwagę zwraca ręcznie wykonana ceramika oraz dyskretny interfejs, który znika, gdy nie jest używany. Dekoder łączy się z telewizorem i oferuje nam dostęp do multimediów strumieniowych. Brak konwencjonalnych, zaawansowanych technologicznie detali i dyskretna zaokrąglona forma przywołuje na myśl obiekt sztuki.

Dekoderem i listwą dźwiękową sterujemy za pomocą inteligentnego pilota. Ten precyzyjnie wyważony przedmiot samoczynnie balansuje się po odłożeniu. Duży pojemnościowy gładzik zapewnia maksymalną kontrolę podczas poruszania się po różnych aplikacjach.


Wyzysk, anarchia i terror, czyli reportaż ,,Potosí. Góra, która zjada ludzi’’

Boliwia. Kraj znany z przepięknych krajobrazów oraz najdzikszego święta religijnego – Boliwijskiego Karnawału Oruro – kultywowanego już od ponad 2000 lat. Mimo że byłe Imperium Inków ma turystom do zaoferowania naprawdę wiele, jest to jeden z najrzadziej odwiedzanych krajów w Ameryce Południowej. Boliwijczycy – znani ze swojego braku gościnności – dzień w dzień mierzą się z osobistym dramatem, zbadanym z bliska przez hiszpańskiego reportera, Andera Izagirre. Choć ,,Potosí. Góra, która zjada ludzi’’ opowiada o tytułowym mieście, a nie o całym kraju, czytelnik znajdzie tu wiele faktów historycznych, o których zapewne nie uczył się na lekcjach historii.

,,Człowiek, który nie jest w stanie walczyć o własne prawa, wart jest więcej niż tona srebra, natomiast kraj niepotrafiący dbać o własne interesy – niewspółmiernie więcej’’

Tam gdzie dorabiają się korporacje, giną ludzie

Izagirre na kartach swojej książki – notabene laureatki tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego – przenosi nas na moment do XVI wieku, gdy w boliwijskich Andach działała kopalnia srebra – Cerro Rico de Potosí – finansowana głównie przez Imperium Hiszpańskie. Z biegiem lat w obszarze okalającym kopalnię powstało miasto o wiele większe od – choćby – ówczesnego Londynu. Z historii wynika, że podczas gdy kolonialiści opływali w bogactwa, mieszkańcy stali się niewolnikami we własnym kraju. Współcześnie Potosí nazywane jest ,,piekłem na ziemi’’, gdzie człowiek słabnie podczas zwykłego marszu. Powietrze w tej części globu nasycone jest metalami ciężkimi i pyłem do tego stopnia, że miejscowa ludność cierpi na różnego rodzaju schorzenia, ślepnie i powoli się dusi. Zachód odwraca oczy, a zyski uświęcają wszelkie środki. W wyniku zachłannej eksploatacji góra w której mieści się kopalnia, ulega coraz większej degradacji. ,,Potosí. Góra, która zjada ludzi’’ to komentarz do następstw liberalizacji gospodarczej Południa.

Sercem tej historii – oprócz innych bohaterów – jest czternastoletnia Alicja, mieszkająca w domu z suszonej cegły, gdzie jedną ze ścian zdobi plakat z podobizną małej syrenki. Mimo że nastolatka jest jeszcze dzieckiem, podejmuje – ze względu na dramatyczną sytuację materialną matki – pracę w miejscowej kopalni. Zarabia mało, pracuje ponad własne siły. Jako pracownik nie posiada żadnych praw, a dla zagranicznych biznesmenów stanowi jedynie tanią siłą roboczą.

Zachód odwraca wzrok

Autor w swoim reportażu wyłożył nam historię Boliwii nie bez powodu. Dzieje tego kraju zataczają koło – w przeszłości ludność targana była wyzyskiem ze strony kolonialistów i konkwistadorów, a obecnie ten sam zabieg stosowany jest przez globalne korporacje, wspierane – o zgrozo – przez polityków i Kościół. Taki stan rzeczy nie mógł pociągnąć za sobą niczego innego, jak anarchia, bezprawie i agresja. Dziś rozboje, przemoc domowa oraz gwałty na kobietach i osobach nieletnich to dla Boliwii bolesna rzeczywistość. Swoje frustracje pracownicy kopalni przenoszą do domów, gdzie za zamkniętymi drzwiami rozgrywają się życiowe tragedie. Głównymi poszkodowanymi są – jak zwykle – kobiety i dzieci. Rząd odwraca wzrok, wyzysk trwa. Czy się zakończy? Choć nikt nie jest w stanie przewidzieć finału tej wstrząsającej opowieści, reportaż ,,Potosí. Góra, która zjada ludzi’’ jest istotnym krokiem do zapoznania zachodnich społeczności z problemem, o którym się nie mówi. Boliwia jest w końcu tak daleko, prawda?

autor: Aleksandra Kucza

,,Stranger Things’’ powraca w wielkim stylu!

Jeżeli wydawało Wam się, że kolejny sezon ,,Stranger Things’’ stworzony zostanie ,,na siłę’’, a bracia Duffer niczym Was już nie zaskoczą, byliście w błędzie. Za nami siedem – ponad godzinnych! – odcinków pierwszej części 4. sezonu i trzeba przyznać, że twórcy wysłuchali próśb swoich fanów. Chcieliśmy więcej mroku i otrzymaliśmy go aż z nawiązką. Wszystko dzięki dramatycznej historii, na której finał musimy poczekać do lipca.

Stranger Things: kilka ciekawostek na ,,dzień dobry’’

Twórcy serialu – niejacy bracia Duffer – od samego początku tworzenia historii o Hawkins, napotykali na swojej drodze różne przeciwności. Aż piętnaście stacji odrzuciło ich pomysł twierdząc, że serial z dziećmi w rolach głównych nie porwie dojrzałych odbiorców. Cóż, w tym momencie warto przywołać postaci pisarek takich jak Lucy Maud Montogomery lub J. K. Rowling, którym również nie wróżono sukcesu, a jednak – dziś ich nazwiska znane są o wiele lepiej niż nazwiska tych, którzy byli gotowi wrzucić ich rękopisy do kosza (i całkiem możliwe, że to zrobili). Na szczęście Dufferowie również okazali się odporni na krytykę, a na ich wyboistej drodze pojawił się Netflix. Platforma postanowiła dać szansę temu – pozornie – nieopłacalnemu przedsięwzięciu.

@Netflix

Tu pojawił się jednak kolejny problem. Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego intro serialu jest tak oszczędne w formie? Jeśli myślicie, że minimalizm to zawsze dobre wyjście, to oczywiście macie rację, ale nie o sam minimalizm chodziło braciom Duffer, ale o… pieniądze. Na starcie twórcy nie dysponowali imponującym budżetem, dlatego szukali oszczędności wszędzie, gdzie tylko się dało – również w czołówce.

Kto lubi teorie spiskowe tego na pewno zainteresuje fakt, że serial powstał w oparciu właśnie o jedną z takich historii. Chodzi o Projekt Montauk, prowadzony od czasów II wojny światowej do 1983 roku.

Zdaniem zwolenników teorii spiskowych, na terenie Stanów Zjednoczonych przeprowadzano eksperymenty na dzieciach, a badania te wiązały się bezpośrednio z kontrolą umysłu, teleportacją i podróżą między wymiarami. Tego rodzaju zdarzenia miały ciągnąć się przez cztery dekady, a wszystkiemu winien był rząd i wojsko USA. Tajemnicze doniesienia zainspirowały twórców do tego stopnia, że serial – pierwotnie – miał nosić nazwę ,,Montauk’’, a jego akcja rozgrywać się w Long Island, gdzie rzekomo przeprowadzano wspomniane eksperymenty. Dlaczego pomysł umarł w zarodku? Long Island cechuje się niesprzyjającą pogodą, mogącą w znacznym stopniu utrudnić kręcenie zimowych scen.

@Netflix

Fabuła 4. sezonu

Nowe odcinki ukazują nam dorastanie głównych bohaterów, mierzących się z rozłąką i różnego rodzaju traumami. Nastka – przygarnięta przez Joyce Byers po zaginięciu Jima Hoopera – emigruje do malowniczej, ale bardzo oddalonej od Hawkins Kalifornii, gdzie wraz z Will’em rozpoczyna naukę w liceum. Dziewczyna – choć bardzo by tego chciała – nie należy do grona popularnych uczniów, ale wręcz odwrotnie, pada ofiarą drwin. Nastolatkę frustruje również fakt, że jej moce odeszły w niepamięć, dlatego teraz jedyną obroną, jaką może zastosować, jest przemoc fizyczna. W wyniku tęsknoty i słabości dziewczyna dopatruje się w sobie szeregu wad i zagrożeń, jakie stwarza dla najbliższych.

Do pewnych zmian zachodzi również w Hawkins, gdzie naukę w liceum rozpoczął Mike, Dustin oraz Lucas. Choć dwóch pierwszych wciąż zasila szeregi szkolnych nerdów, trzeci próbuje zerwać z siebie łatkę odmieńca. Pomaga mu w tym status zawodnika szkolnej drużyny koszykówki. To właśnie dzięki perfekcyjnemu rzutowi Lucasa grupa zdobywa tytuł mistrza. Z wielką traumą zmaga się również Max, która jako jedna z niewielu osób wie, że przyczyną śmierci wielu mieszkańców Hawkins nie był pożar centrum handlowego, ale atak sił nie z tego wymiaru. Matka dziewczyny rozstała się z ojcem Billy’ego, w wyniku czego zamieszkała wraz z córką w ubogiej dzielnicy blaszaków, gdzie obie wiodą dość pieskie życie.

@Netflix
@Netflix

Demogorgon zamieniony na Vecnę

,,Stranger Things 4’’ nie opowiada więc o przejaskrawionym życiu amerykańskich nastolatków – którzy nie są już tymi samymi dzieciakami, które pamiętamy – ale o walce z mroczną stroną ludzkiej psychiki. Żeby było jeszcze trudniej, w zakamarkach tych budzi się do życia demon zwany Vecną, który przeraża o wiele bardziej niż znany nam dotychczas Demogorgon. Vecna – niczym Czarna Wdowa – paraliżuje swoje potargane niszczącymi emocjami i poczuciem winy ofiary, najpierw je prześladując, a następnie zabijając. Na domiar złego, ofiarą złego ducha padnie jeden z głównych bohaterów… Swoją drogą, postać demona przedstawiona została w sposób naprawdę interesujący. Jego historia i to, kim był, zanim stał się potworem, na pewno wbije Was w fotel.

@Netflix

Jim Hopper żyje!

Finał trzeciego sezonu pozostawił wiele wątpliwości co do losów Jima Hoppera, ale wszelkie niedopowiedzenia dotyczące tej postaci rozwiane zostały w dniu pandemicznych walentynek 2020 roku. To właśnie wtedy producenci serialu udostępnili ciekawy filmik, z którego wyraźnie wynikało, że Hopper żyje i mało tego – przebywa na śnieżnym pustkowiu Kamczatki. Fani dostali więc gotową informację o tym, że szeryf z Hawkins będzie musiał zmierzyć się z rosyjskimi funkcjonariuszami KGB. Premierowy czwarty sezon ukazuje nam jednak, że zagrożeniem dla ,,Amerykanina’’ nie będą tylko ludzie… Rosyjscy funkcjonariusze zdają sobie sprawę, że Jim to więzień niezwykle opłacalny. Tu pojawia się wątek okupu, skierowanego do nikogo innego, jak do lubianej przez fanów Joyce Byers.

Tak dobrze jeszcze nie było!

Choć mamy tu do czynienia z dużą ilością wątków i szczegółów, finalnie całość pięknie się zasklepia, a to dowód na to, że twórcy dobrze przemyśleli fabułę. Na plus należy ocenić fakt, że ,,Stranger Things’’ stało się horrorem i to takim, który naprawdę potrafi zaniepokoić. Tak krwawo i tak brutalnie jeszcze nie było! Zaletą jest tu również szeroka gama lokacji, dzięki której twórcy nie ograniczają swojej opowieści tylko do granic Hawkins. Czwarta transza zapoznaje nas także z nowymi bohaterami, wprowadzającymi do scenariusza trochę świeżości i nowych bodźców. Tym, co pozostało niezmienne, jest oczywiście doskonała gra aktorska, niezastąpiony klimat lat 80. oraz fantastyczna ścieżka dźwiękowa. W czasie seansu usłyszymy między innymi Kate Bush, Kiss, The Mamas and the Papas lub The Cramps.

A na sam koniec warto powrócić do początku tego artykułu i przypomnieć sobie wzmiankę o środkach pieniężnych.

Historię tę można już włożyć między bajki, ponieważ serial osiągnął zawrotny sukces. Możemy to zauważyć właśnie w trakcie oglądania nowego sezonu, gdzie imponujący budżet objawia się przede wszystkim pod postacią warstwy wizualnej. Dostajemy tu mnóstwo – dopracowanych w najmniejszym detalu – efektów specjalnych, niczym nieprzypominających już tych zaprezentowanych w 1. sezonie. Widać tu wielki progres i niesłabnący poziom, dlatego nie bójmy się zapowiedzi braci Duffer o piątym – i jednocześnie ostatnim – sezonie produkcji. Warto czekać, a przed nami jeszcze dwa odcinki bieżącej odsłony, na które musimy poczekać do pierwszego lipca.

AUTOR: ALEKSANDRA KUCZA

RAMMSTEIN "Zeit" - Sentymentalna podróż w czasie [RECENZJA]

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem muzykę RAMMSTEIN. Album Mutter, który do dzisiaj uważany jest za najlepszy album, testował głośniki segmentów Technics. Słuchałem tego albumu z bratem codziennie na 6 m2 naszego pokoju… prawdopodobnie przez dobrych kilka lat.

Po kilku kolejnych albumach moja fascynacja ‚gitarową ścianą’ z Niemiec była jeszcze większa. Najnowszy album „Zeit” zbliżył się moim zdaniem do albumu ‚Matki’ i jest wypełniony ponadczasowymi kompozycjami. Grupa RAMMSTEIN udowadnia, że są dojrzałymi kompozytorami. Tak... jest tu moja ulubiona ‚łupanka’, ale i dojrzałe utwory, jak i piękne teksty. Członkowie zespołu mają świadomość przemijania, a nawet delikatnie się z nami żegnają w utworze „Adieu". Czy myślicie, że to już ostatni album RAMMSTEIN?

Jest BARDZO DOBRZE...

Armia Smutku, czyli „Armee der Tristen" to uwaga… mój ulubiony utwór RAMMSTEIN. Tak! Jako zagorzały fan stawiający „Mein Herz Brennt” na pierwszym miejscu, jestem gotowy na zmianę. Kiedy nadchodzi refren i wyobrażam sobie wykon na żywo, autentycznie się wzruszam i chcę ‚dołączyć’, nawiązując do tekstu. Utwór nie ma słabej sekundy i jest absolutnie genialny. Jako melodia, tekst i gitarowy marsz. Z ciekawostek, czy tylko ja słyszę w Pre-Chorusie nawiązanie do "Heirate Mich"?

Następnie mamy tytułowy numer, który już przy teledysku wbił mnie w Ziemię, nie tylko od strony muzycznej, ale i od strony wizualnej. "Zeit" to bardzo ambitny obraz i piękna ballada, która zasługuje na porządne słuchawki. Warto tu również wspomnieć o całej kampanii wizerunkowej, która promowała album za pomocą 11 kapsuł czasu rozproszonych na całym świecie. W każdej z nich zespół ukrył kod odblokowujący nowy album oraz 2 darmowe bilety na wybrany koncert.

"Schwarz" to wyważony RAMMSTEIN. Długie gitary, rozbudowana melodia klawiszowa i wzniosły wokal Till’a.

Numer czwarty to „Giftig”, który w typowym dla RAMMSTEIN marszowym metalu, wbije Was w fotel. Nieważne czy w domu, czy ten samochodowy. Mamy tu zmiksowane sample głosu przypominające te z „Sehnsucht”. Po raz kolejny klasyka w nowym wydaniu.

CZAS NA DRWINY

Następnie mamy zabawę konwencją i śmieszki heheszki w postaci „Zick Zack” oraz „OK”. Pierwszy numer drwi z operacji plastycznych, mieszając disco z mięsistymi gitarami, a drugi opowiada o konkretnym sposobie na zbliżenie się dwojga ludzi. Polecam przeczytać tekst i zdecydować, czy OK? Od strony muzycznej jest to jeden z moich faworytów, ponieważ mamy tu trash'owe bicie niczym „Feuer Frei" i piękne ‚rypanie’ na gitarach. (Celowy Żart). Ostatnia minuta? Pantera połączona z melodią od Flake. Miodzio.

MUTTER II

Meine Tranen" to utwór, który nabiera ciężaru dopiero po zrozumieniu, o czym jest „śpiewane”. Prawdziwy mężczyzna płacze tylko, kiedy umiera mu matka, nawet ta niewdzięczna i oschła. W pewnym sensie jest to druga część utworu „Mutter”, co sprawia, że jest to piosenka bardzo osobista. W ciągu 2 dni odsłuchałem ten utwór jakieś 90 razy. Jest po prostu piękny, dojrzały i melodycznie perfekcyjny, szczególnie w drugiej części refrenu. Od początku do końca prowadzą tu jednak gitary i wzniosłe chóry zespołu.

Utwór „Angst” zasługiwał na teledysk w każdym calu. Choć wydawało mi się, że piosenka mówi o negatywnym skutku propagandy oraz internetu to jednak sprowadza się do opowieści o strachu i koszmarach. Słuchając tego kawałka, widzę wybuchające ognie ze sceny i ryk widowni. Tak więc 5 z plusem się należy.

DUŻE CY**!

Czy wiecie, że tytuł „Dicke Titten” fonetycznie brzmi, jak „Duże Cyce”? To dlatego, że piosenka jest dokładnie o tym. Tytułowa wybranka nie musi być mądra, mieć długich nóg i być dobrą żoną, wystarczy, że ma… to, co wyżej. Mamy tu prawdziwe gitarowe mięso i zabawny refren ze szkolnymi trąbkami, co sprawia, że kawałeczek wpada nam w ucho natychmiast.

Lügen” to prawdziwa opowieść o kłamcy, czyli słodkie pierdz****, które kończy się, kiedy trzeba powiedzieć sobie prawdę. Choć moim zdaniem jest to numer najsłabszy, to uwierzcie mi, że niejeden zespół marzy o takim odrzutku. Sztuczności dodaje tu przesadny autotune oraz syntezatory.

Rammstein mówi adieu?

Ostatni numer to niczym soundtrack dla okładki. Aha… czy wiecie, że jej autorem jest nie kto inny, a Bryan Adams? Tak, ten sam, który napisał ponadczasowy utwór do Robin Hood’a z Kevinem Costner’em. Okazuje się, że jest nie tylko świetnym wokalistą i gitarzystą, ale od wielu lat również profesjonalnym fotografem.

Utwór zaczyna się od melodii piano, po czym czeka nas prawdziwe jebn***** gitar niczym z „Children of the Revolution" od T.Rex. Po raz kolejny sekcja rytmiczna i gitarowa na tym albumie błyszczy. „Adieu" to piosenka o przemijaniu, pięknie zagrana i zaśpiewana... ale smutna. W pewnym sensie brzmi, jak list pożegnalny zespołu, który mówi do nas „Do zobaczenia, czas z Wami był cudowny”. Jak myślicie... panowie się żegnają?

Album "Zeit" to w pewnym sensie zaskoczenie, bo teraz tym bardziej nie wyobrażam sobie świata bez nowej muzyki od RAMMSTEIN, tym bardziej że ekipa jest coraz lepsza. Dajcie znać, jak odbieracie ten krążek i czego doszukaliście się, słuchając nowych piosenek. Ja idę zjeść golonkę, nalać kielicha i chyba sobie popłakać.


Adam Komisaruk - Architektura Mono

Mój styl w fotografowaniu architektury od dłuższego czasu pozostaje taki sam - Long Exposure Architectural Photography, który pozwala na chwilę zatrzymać czas i pokazać zwykłe rzeczy w niezwykły sposób. Nowoczesna architektura, kanciaste budynki, ciekawe kształty czy niecodzienna perspektywa to coś, czego szukam na co dzień w swoich kadrach.

Photo credit: Adam KOMISARUK
Camera: SONY A7III


Car Thing od Spotify - Biblioteka świata dla aut 'retro'

Photo: Spotify

Przyznajcie się, że też nie słyszeliście o nowym wynalazku Spotify? Car Thing to inteligentny mini odtwarzacz, który pozwala na dostęp do biblioteki Spotify w samochodzie, który jest bardziej 'retro'. Co to znaczy? Do tej pory Spotify było dostępne za pomocą Apple CarPlay lub Android Auto. Istniała również możliwość tzw. Mirror Link, ale tu ograniczenia były już spore. Car Thing to osobne urządzenie, które montujemy na desce rozdzielczej, łączymy z telefonem i voila!

Pamiętacie czasy, kiedy te małe, chińskie radyjka kupione na targu były niczym gadżety z filmu o agencie 007? Pewnie nie zdajecie sobie nawet sprawy, ile warsztatów samochodowych mogło funkcjonować dzięki takim wynalazkom?

Odczucia na temat tego małego odtwarzacza od Spotify są podobne, z tym że Car Thing jest naprawdę 'smart'. Jedyny warunek to konto Spotify Premium. Wystarczy, że połączymy urządzenie z telefonem, a następnie użyjemy zasilania samochodu.

Photo: Spotify
Photo: Spotify

Design

Jak tego używać? Pytaj, dotknij, obróć lub przesuń palcem, aby uzyskać dostęp do swoich ulubionych utworów, wykonawców, list odtwarzania i podcastów. Car Think wyposażono w 4" dotykowy wyświetlacz, ale i 4 programowalne przyciski, przycisk 'home/back' oraz kółko. Rozwiązanie podobne do tego, które znamy ze starych iPodów. Obsługa jest bardzo intuicyjna i pozwala zapomnieć o telefonie, co jest chyba głównym założeniem tego urządzenia. A co Wy sądzicie? Kupilibyście taki wynalazek? Na razie urządzenie jest dostępne w USA w cenie $89.99.


Color Story, czyli historia Instytutu Pantone

Jeśli zawodowo zajmujecie się projektowaniem graficznym bądź architektonicznym lub po prostu interesują Was najnowsze trendy kolorystyczne, na pewno wiecie o instnieniu Instytutu Pantone i o wybieranym przez niego kolorze roku. Dziś chcemy przypomnieć, kto i jak rozpoczął ten barwny rozdział w historii.

Ojciec Pantone – kim był Lawerence Herbert?

Początku tej opowieści należy doszukiwać się w 1956 roku, bo właśnie w tym czasie jedna z nowojrowskich firm – M & J Levine Advertising – zajmujących się drukiem komercyjnym, zatrudniła absolwenta chemii – Lawerence'a Herberta. Chemik w firmie reklamowo–drukarskiej? Tak! Bardzo szybko okazało się, że wiedza Herberta przyczyniła się do uszeregowania całego zbioru pigmentów i tuszów.
Można przypuszczać, że praca ta zainspirowała mężczyznę do podjęcia dalszych kroków związanych z branżą. W 1963 roku, Herbert odkupił zaplecze drukarskie firmy od Mervina i Jesse Levine.

Mimo faktu, że o samym Herbercie wiadomo niewiele, ze spokojnym sumieniem można przyznać, że to właśnie ten człowiek ułatwił pracę grafikom na całym świecie.

Wszystko za sprawą utworzenia innowacyjnego systemu do identyfikacji, dobierania, jak również komunikacji kolorów. Herbert wziął bowiem pod uwagę, że spektrum kolorów widziane jest inaczej przez każdego z nas. Wiedza, praca i nieskończona wyobraźnia mężczyzny, połączona z chęcią zarobienia pieniędzy, doprowadziła do powstania Pantone Matching System i niesłychanego sukcesu firmy.

Czym właściwie zajmuje się Instytut Pantone?

Początek istnienia Instytutu Pantone miał swoje miejsce wcale nie tak dawno, bo w 1986 roku. Już wtedy nietrudno było zauważyć, że w organizacji swoje funkcje pełnili prawdziwi specjaliści, znani z projektowania koloru w różnych branżach – tekstylnych, inżynieryjnych i innych. Wiedza z zakresu różnych – często niezwykle odmiennych – obszarów gospodarczych, zaowocowała powstaniem badań odnoszących się do trendów kolorystycznych. Każdy, kto interesował się kolorem i jego potencjałem w rozwijaniu własnej marki, mógł zwrócić się do Instytutu Pantone z prośbą o konsultację.

Porady, których udzielali pracownicy Pantone, musiały być strzałem w dziesiątkę. Choć zadanie to nie jest łatwe, prognozy organizacji okazywały się trafne. Dziś Instytut to przede wszystkim jednostka badawcza, której zaufało wiele cenionych firm z całego świata. Specjaliści pomagają w budowaniu identyfikacji wizualnej, komunikacji marketingowej, a paleta barw Pantone znana jest wszędzie, również dlatego, że to właśnie ta instytucja rokrocznie ogłasza tzw. ,,Pantone Color of the Year''.

Kolory roku według Pantone – kto je wybiera?

Gdy wyobrażacie sobie, że obrady dotyczące koloru następnego roku to prawdziwa burza mózgów, wcale nie jesteście w błędzie. Proces wyboru głównej barwy to przede wszystkim prawdziwe spotkanie na szczycie, organizowane zwykle w jednej z europejskich stolic. Podczas debaty obecni są przedstawiciele oddziałów z różnych krajów, a tradycja ta sięga 2000 roku. Spotkania specjalistów mają miejsce dwa razy do roku i trwają dwa dni. Ukoronowaniem szeregu rozmów i prezentowania swoich poglądów, jest rzecz jasna wybór koloru zasługującego na zaszczytny tytuł Pantone Color of the Year. Decyzja Instytutu Pantone podejmowana jest zawsze z rocznym wyprzedzeniem.

NIE dla wojny, czyli Pantone dla Ukrainy!

3 marca 2022 roku, czyli dokładnie kilka dni po pierwszych – tragicznych – doniesieniach z Ukrainy, Instytut Pantone zamieścił na swoim Instagramie kojące zdjęcie słoneczników na tle błękitnego, letniego nieba. Nie jest to jednak jedyna grafika odnosząca się do konfliktu zbrojnego, którym żyje ostatnio cały świat. Pantone za pomocą ukraińskiej flagi, opisało jej barwy jako ,,Freedom Blue'' oraz ,,Energizing Yellow''. Oprócz okazania solidarności za pomocą grafik, Instytut przekazał również spory datek na rzecz ofiar wojny i zaprosił swoich obserwujących do pójścia w swoje ślady i wpłacania darowizn.

AUTOR: ALEKSANDRA KUCZA


Slow Dance - Ruchome dzieła sztuki!

Source: Wonder Machines

Slow dance to pierwszy projekt od Wonder Machines. Są to wyjątkowe ramki, które sprawią, że ​​prawdziwe obiekty zaczną się poruszać w zwolnionym tempie. Wykorzystując ograniczenia ludzkiej percepcji wzrokowej oraz złudzenie optyczne, ta magiczna ramka wydaje się dokonywać niemożliwego - wprawia martwą naturę w ruch.

Slow Dance łączy technologię, naukę i sztukę, aby przypominać nam o tajemnicy natury, pięknie i cudach, które otaczają nas każdego dnia.

Jednym z najfajniejszych elementów magicznych ramek jest fakt, że to my możemy wybrać obiekty do manipulacji. Slow Dance to puste płótno do komponowania. Co możemy umieścić w ramce? Tak naprawdę wszystko, co będzie podatne na delikatny ruch. Od chwastów na ulicy, przez kwiaty w ogrodzie, po ptasie pióra. Każdy obiekt ukaże nam nowy świat w zwolnionym tempie.

Source: Wonder Machines
Source: Wonder Machines

Z pewnością jest to gadżet, który na zawsze zmieni sposób, w jaki będziesz postrzegać rośliny i inne przedmioty. Slow Dance posiada różne tryby pozwalające na przełączanie się między różnymi wzorcami tanecznymi. Niektóre powolne i płynne, inne sprawiające, że obiekt wydaje się skakać w przestrzeni!

Chcecie dowiedzieć się więcej? Koniecznie odwiedźcie stronę internetową Wonder Machines. Jeżeli podoba Wam się ten artykuł, udostępnijcie go dalej!