Ford Mustang Mach-E - Mocno do przodu!

Już od momentu premiery, a tak naprawdę zapowiedzi, Mach-E wzbudzał niemałe kontrowersje. Sami debatowaliśmy nad słusznością użycia legendarnej nazwy Mustang, ale...! Spędziliśmy z samochodem dłuższą chwilę i jest o czym pisać.

Design? To zdecydowanie Mustang!

Jeżeli można przypisać jakieś charakterystyczne cechy wyglądu legendzie Mustanga, to śmiało możemy powiedzieć, że legenda trwa. Najbardziej kontrowersyjną decyzją związaną z rumakiem na masce było użycie bryły typu SUV.

Mach-E na żywo prezentuje się znacznie lepiej niż w materiałach promocyjnych. Jego sylwetka to odważne przetłoczenia, długa maska, charakterystyczne światła LED i smukła linia opadającego dachu

Przy drzwiach zaczyna się prawdziwa przyszłość. Nie znajdziemy tu tradycyjnych klamek, a nawet tych wysuwanych. Po prostu ich nie ma. Zamiast tego jest przycisk, który otwiera nam poszczególne drzwi. Na słupkach B jest również miejsce na kod PIN oraz ukryty przycisk kłódeczki zamykającej pojazd.

Jedyne zastrzeżenia mieliśmy do samego frontu. Czy maskownica powinna być na pewno w kolorze nadwozia? Taki zabieg stosuje wielu producentów. Nasze designerskie dusze nie mogły się obejść jedynie wyobraźnią, dlatego na końcu artykułu przygotowaliśmy dla Was porównanie.

Środek? Say hello to future!

Zauważyliście, że specyfikacja samochodów zmienia się tak, aby dopasować do oczekiwań nowoczesnego odbiorcy? Wnętrza samochodów zaczynają przypominać małe lounge room'y. Zdecydowanie idziemy w stronę wygody i udogodnień z półki premium.

Wnętrze elektrycznego Mustanga to prawdziwy skok o kilka lat do przodu. Znajdziemy tu mnóstwo miejsca, czytelny kokpit i ogromny ekran w samym centrum

Oczywiście pionowy tablet o przekątnej 15.5" z wbudowanym pokrętłem Volume gra tu pierwsze skrzypce, ale warto też zwrócić uwagę na resztę. Sound? Nie mamy tu typowego rozłożenia z głośnikami w desce, drzwiach i subwooferem z tyłu... nie! Deska rozdzielcza Mech-E jest jednym wielkim Sound Barem od B&O Play. Oczywiście są miejsca, gdzie zdamy sobie sprawę, że nie mamy do czynienia z marką premium, ale Mustangom się wiele wybacza.

Doświadczenie 'Tech'

Siadamy za kierownicą i...? Mamy do czynienia z prawdziwym komputerem. Nowy system SYNC 4A wymaga przyzwyczajenia, ale po chwili będziemy w domu. Z początku wszystko na ekranie wydaje się za duże (na oko dizajnera), ale z drugiej strony jest czytelne i funkcjonalne podczas jazdy.

Większość funkcji znajdziemy na ekranie głównym systemu infotainment, reszta jest prezentowana na cyfrowym wyświetlaczu znajdującym się za kierownicą

Forda trzeba pochwalić za czytelność i przede wszystkim rzetelność wyświetlanych informacji, szczególnie tych dotyczących zasięgu. A jak wygląda jazda?

Jest mocno do przodu!

Testowany egzemplarz był wyposażony w podstawowy motor o mocy 269 KM i baterię o pojemności 75 kWh. Moment obrotowy dostępny na zawołanie to aż 580 Nm. Dodajmy do tego napęd na cztery koła i nie bez powodu Mach-E stał się właśnie najlepiej sprzedającym się elektrykiem w Polsce.

W prowadzeniu jest to z pewnością Ford. Auto zachęca do dynamicznej (co nie znaczy szybkiej) jazdy. Spod świateł mało kto będzie miał z nami jakiekolwiek szanse do prędkości miastowych. Fun z tego faktu mieliśmy niesamowity. Ogólnie całość konstrukcji zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie i na ten moment Mach-E jest zdecydowanie w czołówce naszych ulubionych aut. Na koniec...

A tutaj wizualizacja atrapy w kolorze innym niż nadwozie oraz ewentualnym pattern'em. Chowając ego do kieszeni, stwierdzamy, że Ford podjął mądrą decyzję, ponieważ Mach-E w bieli wygląda już obłędnie bez dwóch zdań! Za udostępnienie samochodu dziękujemy salonowi Ford Germaz Zielona Góra.


1 000 000 km Evity to dopiero początek!

1 000 000 km to dopiero początek! Takim sloganem rozpoczęliśmy konferencję zielonogórskiej sieci elektrycznych taksówek Evity, która świętowała bezemisyjny i rekordowy przebieg. O tym, jak wygląda doświadczenie z taksówkami, możecie przeczytać w naszym artykule tutaj!

Wydarzenie odbyło się przy siedzibie EKOENERGETYKA POLSKA oraz stacji EKOEN, na której regularnie ładowane są pojazdy floty taksówek. Konferansjerką eventu była entuzjastka elektromobilności oraz dziennikarka radiowa Agata Rzędowska.

W pierwszym segmencie mogliśmy wysłuchać wystąpienia założyciela i prezesa korporacji Bartosza Kubika. Mówił on m.in o tym, jak ważna jest bezemisyjność i jak wpływa ona na poprawę jakości powietrza w miastach. Jeżeli chodzi o samą markę Evity to mamy do czynienia z pewnego rodzaju misją w promowaniu elektromobilności. Ponadto flota aut się stale powiększa, a Evity stało się jednym z najlepszych sposobów na promocję 'elektryka' wśród mieszkańców Zielonej Góry.

1 000 000 km Doświadczenia

W kolejnym wystąpieniu dowiedzieliśmy się nieco więcej o początkach działalności marki oraz o tym, jak Evity radziło sobie podczas pandemii. Wystąpienie Kornelii Gniewczyńskiej, kierowniczki projektu Evity, skupiało się również na doświadczeniu, jakie zebrało Evity od stycznia ubiegłego roku. Mowa tu oczywiście o kierowcach, szkoleniach oraz infrastrukturze w postaci stacji EKOEN. Warto również wspomnieć o autorskim urządzeniu o nazwie EvBoy, którego jest swojego rodzaju przywoływaczem taksówki Evity. Sprawdza się doskonale w restauracjach, hotelach, ale i w domu! Korzystając z danych o lokalizacji, wystarczy nacisnąć przycisk na ekranie urządzenia, a taksówka przyjedzie pod nasz adres. Proste!

Elektryczne Nissany są idealnym przykładem na to, że samochód elektryczny może być dla każdego, ale we flocie znajdziemy również Kię e-Soul, a od kilku tygodni Teslę 3. Ta ostatnia robi w mieście prawdziwą furorę.

Ciekawym elementem były również wystąpienia kierowców oraz klientów Evity. Jedni opowiadali o swoich spostrzeżeniach i pracy na co dzień, drudzy natomiast o doświadczeniu z marką oraz o tym, dlaczego wybrali Evity.

Dyskusja o Tesla Kilerze

Przed halą, w której odbywała się konferencja, zaproszeni goście mieli okazję przyjrzeć się różnym elektrykom. Mogliśmy zasiąść za kierownicą najnowszych modeli od Škody, Volkswagena, Hyundaia, Kii, Opla, Citroena oraz Forda. Było to po części związane z panelem dyskusyjnym, w którym występowali wybrani przedstawiciele salonów samochodowych. Moderatorem tej części był Prezes Polskiej Izby Rozwoju Elektromobilności - Krzysztof Burda.

Tutaj wielkie brawa za pomysł, ponieważ mogliśmy w jednym czasie posłuchać o nowościach oraz autorskich pomysłach każdej z marek. Oczywiście było pytanie o Tesla Killer'a, ale tutaj każdy z przedstawicieli odpowiadał bardzo rzeczowo, mówiąc o zaletach modelu ze swojej oferty.

Podsumowując, oprócz floty elektrycznych taksówek, które jeżdżą każdego dnia po ulicach Zielonej Góry, projekt Evity zwyczajnie promuje jazdę 'elektrykiem' na co dzień. Po raz kolejny Zielona Góra jest na językach i po raz kolejny ma to związek z elektromobilnością. Trzymamy kciuki za dalszy rozwój marki i życzymy kolejnych sukcesów!


DOM Z PAPIERU 5: CO SŁYCHAĆ U EKPIY PROFESORA?

Tak, to już piąty sezon, w którym bohaterowie ,,Domu z Papieru'' zamknięci są w Banku Hiszpanii — a my razem z nimi — bo przecież mimo różnego rodzaju nerwów na ten serial, mało kto umie się od niego oderwać.

,,Szach i mat, sukinsynu''

Kogo nie przeszedł dreszcz po ostatnim odcinku czwartego sezonu ,,La casa de papel'', niechaj pierwszy rzuci kamieniem. To właśnie wtedy obserwowaliśmy brawurową akcję odbicia Lizbony, jej przedostanie się do Banku Hiszpanii i tryumfalne okrzyki grupy Profesora: ,,Za Nairobi!'', które chwyciły za serce wielu widzów, bo przecież to właśnie Nairobi była jedną z ulubienic fanów serialu. To, co stało się w kolejnej scenie, niejednemu z nas odebrało mowę. Mamy tu oczywiście na myśli niespodziewaną wizytę inspektor Sierry, która odnalazła kryjówkę Profesora i celując do niego z broni, wypowiedziała ostatnią kwestię poprzedniego sezonu: ,,Szach i mat, sukinsynu''. I tak oto twórcy serialu pozostawili nas w ogromnym oczekiwaniu na ponad rok. Za nami pierwsza połowa finałowego sezonu (na drugą przyjdzie poczekać do grudnia). Jeśli jeszcze go nie oglądaliście, zapraszamy na małą zajawkę — oczywiście bez spoilerów! Nie moglibyśmy zniszczyć Wam radości oglądania, a już szczególnie po kultowym nagraniu aktorów, upraszających się o milczenie tych, którzy lubią spoilerować.

Brak sygnału od Profesora

Piąty sezon znów obfituje w przeskoki między teraźniejszością i retrospekcją. Twórcy odsłaniają przed nami kolejne kawałki życia Berlina, który tym razem zachęca do przestępczej współpracy Rafaela, młodego inżyniera, którego wiedzę Berlin uważa za niezbędną przy planowaniu pewnego skoku. Mało tego, młody chłopak jest dla Berlina kimś szczególnie bliskim.

W tym sezonie dość dużo uwagi poświęca się także postaci Tokio. Ona również odkrywa przed widzem najpiękniejsze i zarazem najmroczniejsze karty swojego życia.

Odchodząc od retrospekcji, a wracając do teraźniejszości, sytuację gangu Profesora komplikuje dość mocno wkroczenie wojska, a jak można się domyślić, Profesor z powodu odwiedzin mocno nieproszonej gościni, niespecjalnie ma teraz czas na wyciąganie z tarapatów swoich ,,dzieci''. Swoją drogą, postać Alicii Sierry to doskonale napisana kreacja, która ma ogromny potencjał i aż chciałoby się wiedzieć, jak potoczą się jej dalsze serialowe losy. Miksując pojawienie się wojska z brakiem głównego dowodzącego szajki, twórcy serialu zapodali nam szeroką gamę akcji, która jest idealnym synonimem najnowszego sezonu, bo jest jej naprawdę sporo. Tym razem nie będziecie przysypiać podczas seansu i możemy zdradzić, że niemałych emocji przysporzy Wam (zapewne, jak zwykle) nie kto inny, jak Arturo Roman, postać z jednej strony wywołująca uśmiech, ale z drugiej turbo irytująca.

Co dalej?

Dzięki wspomnianej już akcji pięć pierwszych odcinków można obejrzeć niemal jednym tchem. Na plus trzeba ocenić zdolności montażowe twórców, łączących ze sobą kilka wątków z niebywałą płynnością. Niestety, gorzej patrzy się na prezentację bohaterów. Podczas gdy jedni nie schodzą z serialowej tapety, inni wydają się mówić coś tylko po to, żeby później nie było, że nie mówili nic. Może kolejne odcinki przyniosą w tej kwestii jakąś zmianę? Kto wie. Pytanie rodzi również systematyczne pojawianie się wspomnień o Berlinie i jego kompanie Rafaelu. Pierwsza część sezonu nie odpowiada nam jeszcze na to pytanie, ale możemy być pewni, że twórcy szykują nam tu jakąś konkretną bombę. Ale czy finał drugiej części będzie w stanie, choćby w niewielkim stopniu, dorównać finałowi części pierwszej, kiedy to główne skrzypce odegrała jedna z postaci, której niestety nie zobaczymy już raczej na ekranie? Jeśli znużyły Was poprzednie sezony i ciągły pobyt bohaterów w Banku Hiszpanii, radzimy Wam dać szansę najnowszej transzy — warto!

AUTOR: ALEKSANDRA KUCZA

Tesla Bot - Emocje opadły. Czas na przemyślenia!

Wszyscy już widzieliśmy biało-czarnego robota, którego zaprezentował Elon Musk. Humanoidalnym twór nosi roboczą nazwę Optimus, natomiast świat okrzyknął go już mianem Tesla Bot'a. Zachwyt już był, memy również, ale fundamentalne pytanie brzmi: Czy potrzebny nam jest robot przypominający człowieka?

Zaprojektowany przez ludzi, dla ludzi!

Ma mierzyć około 170cm wzrostu i ważyć 56 kilogramów. Będzie posiadał kończyny oraz głowę, w której twarz zostanie zastąpiona wyświetlaczem. Trzeba przyznać, że pod względem designu mamy tu do czynienia z prawdziwą klasą. Poprawność polityczna też została zachowana. Już podczas konferencji żartowano, że Tesla Bot zostanie zaprojektowany tak, aby można było przed nim łatwo uciec lub go obezwładnić. Problem z humanoidalnymi robotami polegał zawsze na tym, że na siłę przypominały ludzi, nie spełniając przy tym nawet połowy funkcjonalności naszego ciała. Czy tym razem będzie inaczej?

Roboty Tesli mają być zaprojektowane do wykonywania zadań, które są niebezpieczne, powtarzalne lub nudne. Tesla boty mają też być wyposażone w kamery autopilota znane z pojazdów Tesli

Według Elona Muska praca fizyczna będzie w przyszłości wyborem. Nawet jeżeli wiele zawodów związanych z pracą fizyczną jest nudne i powtarzalne to czynnik ludzki sprawia, że nad fizycznością nadal wygrywa nasza intuicja.

Ex-Machiny w naszym domu

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, ile robotów otacza nas na co dzień? Odkurzacze, zmywarki, suszarki, miksery, pralki itp. Czy zauważyliście cechę wspólną? Nie przypominają ludzi, a są niezwykle wydajne. Paradoksalnie dzieje się tak dlatego, że mogą wyjść poza ludzki schemat. Dlaczego nie stworzyliśmy humanoida, który stoi przy zlewie, zamiata podłogę lub naciera koszulę odplamiaczem?

Robot przypominający człowieka ma na celu znacznie więcej, niż wyręczenie nas w codziennych nudnych czynnościach!

Moim zdaniem ma nas powoli przyzwyczajać do rzeczywistości, w której będziemy żyć obok 'Super Ludzi'. Na pewno każdy z Was widział już roboty od Boston Dynamics, które uprawiają parkour. Chociaż jest to niebywałe osiągnięcie technologiczne, to sami twórcy podkreślają, że o wydajności zbliżonej do ludzkiego ciała jeszcze daleka droga. Ich najbardziej znany wynalazek, czyli robo-pies, to zupełnie inna bajka. Swój przydomek zawdzięcza jedynie rozmiarom i zastosowaniu czterech kończyn.

Jakie są Wasze przemyślenia? Czy będziecie się czuć komfortowo stojąc obok botów przypominających ludzi? Jeżeli wirtualny asystent w aucie potrafi nas doprowadzić do granic wytrzymałości, to jak zareagujemy na bota pakującego nasze pomarańcze w supermarkecie? Na koniec przypominamy Wam, że istnieje firma, która tworzy niezwykle realistyczne roboty wyposażone w syntetyczną skórę, włosy, oczy, a nawet narządy płciowe, ale tutaj chyba nie ma mowy o nudzie?


Kultura, Wino i Tapas! - Sprawdzamy pierwszy Tapas Bar w Zielonej Górze!

Zielona Góra to zdecydowanie miasto wina. Większość z nas jest również fanami dobrego, prostego jedzenia, tak więc wyobraźcie sobie naszą radość, kiedy usłyszeliśmy o pierwszym Tapas/Wine Barze, który właśnie otworzył się w Zielonej Górze.

TapTapas, bo tak nazywa się wspomniane miejsce, to w pewnym sensie nowe doświadczenie kulinarne. Mieliśmy okazję być na uroczystym otwarciu i dosłownie zobaczyć co, z czym się je! Ale o co chodzi? Na oficjalnym fanpejdżu możemy przeczytać następującą notę:

Odkryj świat wyjątkowych przekąsek skomponowanych z myślą o szlachetnym trunku. Chcemy, aby picie wina było prawdziwym doświadczeniem, a nie jedynie opróżnianiem butelki. Korzystając z wiedzy zawodowych kucharzy, tworzymy wyjątkową markę spod szyldu "Fine Food Wine Bar & Catering"

Dobre wino i jedzenie - jest!

No i jeśli mamy być szczerzy to wszystko się tu zgadza. W TapTapas idziemy czerpać radość z jedzenia, ponieważ możemy próbować różnych rzeczy, bez zamawiania przysłowiowego 'talerza + deser'. Całe doświadczenie dopełnia degustacja fenomalnych win. Nacisk na wino jest tu naprawdę duży, ponieważ w ofercie lokalu znajdziemy pozycje regionalne, wina świata, craftowe piwko i wodę. Koniec. Wydaje się mało? Na szczęście właściciele postawili na jakość. Większość osób po degustacji regionu 'w ciemno', w tym my, było bardzo pozytywnie zaskoczona. Taki efekt bierze się stąd, że niestety jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do wina ze sklepowej półki i troszeczkę omija nas to, co dzieje się obecnie na rynku wina w Polsce. A dzieje się naprawdę sporo!

Doświadczenie Ir de Tapas!

Ir de Tapas nie znaczy nic więcej, niż "Chodźmy na Tapas". Jak to wygląda w TapTapas? Wchodzimy i od razu możemy usiąść przy stoliku hokerowym na sali głównej, barze, ogródku lub bardziej tradycyjnej sali, gdzie znajdziemy klasyczne stoliki. Do wyboru do koloru! Lokal jest naprawdę ładny, ale o tym później!

Na stolikach mamy karty z jednym z najprostszych menu, jakie widzieliśmy. Tapas podzielony jest na trzy kategorie cenowe oraz zestawy do win białych i czerwonych dla dwójki.

Mamy też krótką informację o tym, że nie jest to restauracja i panuje tu luźna atmosfera. Obsługa jest naprawdę miła i raczej doświadczenie zamienia się w rozmowę, a nie pytania do menu, natomiast zamówienia składamy przy barze. Ceny win zostały również uśrednione i podzielone na region i świat, co sprawia, że nie potrzebujemy tu obszernej karty win z nazwami, które i tak często mało mówią. Te wszystkie zabiegi bardzo ułatwiają doświadczenie.

Tapas, Wino, Usta!

Tapas to w pewnym sensie nowość w naszym mieście, ale możemy zagwarantować Wam, że nie będziecie żałować. Wszystko, czego próbowaliśmy, było naprawdę smaczne i proste! Tapas to przeważnie finger food, więc z założenie jest to rodzaj jedzenia, które powinno sprawiać nam frajdę. Na pewno chcecie wiedzieć, co jedliśmy?

Do obowiązkowych pozycji należy Krokiet Hiszpański z Jamón Serrano, Salsa Romesco podawana z foccacią, TapTapas Brioche z musem z koziego sera i Karmelizowane Chorizo podlewane czerwonym winem, ale to nie wszystko!

Zamawiając zestaw, otrzymacie 8 porcji tapasów dobranych do degustacji win białych lub czerwonych. Warto również wspomnieć, że TapTapas serwuje swoje autorskie pieczywo, które jest świetnym nośnikiem sals czy rillette z kaczki. Bardzo urokliwy jest również fakt, że praktycznie każdy stolik dostaje inną zastawę, która skojarzyła nam się z naczynkami z czasów dzieciństwa u babci, brawo!

TapTapas okiem przechodnia'

Pierwszy zielonogórski tapas bar mieści się przy al. Wojska Polskiego 2, czyli zaraz za filharmonią. Było to miejsce nie jednej restauracji, ale może sukces tkwi w tym, że TapTapas restauracją nie jest! To świetne miejsce na start wieczoru, butelkę wina i pyszne przekąski. Z całym szacunkiem, ale takie miejsce się po prostu Zielonej Górze należało! Jak to wygląda z ulicy?

Wieczorem nie da się tego miejsca nie zauważyć. W środku znajdziemy dużo luzu, pop art, pomarańczowe akcenty i świetną muzykę!

Muzyka w lokalu nastraja nas naprawdę świetnie, a playlista jest tak dobra, że właściciele udostępnili ją na Spotify. Znajdziecie w niej nuty z Tarantinowskich filmów, Buena Vistę, hiszpańskie flamenco i złote lata 60'.

https://open.spotify.com/playlist/1tU2cN592sVuzL6mGG1S9i?si=42651790d4d44426

Podsumowując, TapTapas trafił w nasze serducha. Oczywiście zawsze można się do czegoś przyczepić, ale pamiętajmy, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Na ten moment TapTapas działa w piątki i soboty oraz obsługuje eventy, ale już teraz możemy Wam zdradzić, że niedługo ruszą dowozy. Miejsca na wieczorne spotkanie można rezerwować, ale dotyczy to tylko jednej sali. TapTapas to w końcu wine/tapas bar, więc miejsce zawsze się znajdzie.


EVITY - Elektryzująco po Zielonej Górze!

Jeżeli nie słyszeliście jeszcze o elektrycznych taksówkach Evity, to musicie sporo nadrobić. Jakiś czas temu mieliśmy okazję spędzić prawie cały dzień, jako pasażerowie, co pozwoliło nam zdobyć prawdziwy insight na temat marki, która powoli staje się charakterystycznym symbolem Zielonej Góry.

IDENTYFIKACJA I KOMUNIKACJA

Zacznijmy od nazwy, która wywodzi się od słów EV oraz CITY. Lekka, zapadająca w pamięć, oryginalna! To, co zwraca jednak największą uwagę każdego przechodnia, to sam pomysł na obrandowanie floty. Marka Evity to w większości białe Nissany Leaf przyozdobione w charakterystyczne wzory nawiązujące do klasycznej 'szachownicy', aczkolwiek mamy tu mały twist w postaci energetycznej zieleni.

Marki Evity nie da się pomylić z żadną inną taksówką. Warto również dodać, że elementy identyfikacji pojawiają się we wszystkich materiałach promocyjnych oraz materiałach pierwszego kontaktu. Takie podejście zdradza spójne spojrzenie na wizerunek marki, a nie jedynie oklejenie kolejnych pojazdów w logo.

Jeżeli chodzi o samo doświadczenie, to całość sprowadza się do filozofii „pro-klient”. Do najważniejszych założeń możemy zaliczyć poszanowanie i zaspokajanie potrzeb klienta, przewozy każdej grupy wiekowej oraz osób niepełnosprawnych.

Co to oznacza w praktyce? W każdej taksówce Evity znajdziemy elegancko ubranych kierowców, których cechuje wysoka kultura osobista. Na pokładzie butelka wody dla każdego pasażera, klimatyzacja, a jeśli poprosimy, fotelik dla dziecka.

Marka stawia bezpieczeństwo na pierwszym miejscu organizując szkolenia dla swoich kierowców na specjalnych torach dla pojazdów elektrycznych. Ponadto Evity dba o maseczki, płyn do dezynfekcji oraz system antynapadowy, który dba o bezpieczeństwo pasażerów, jak i kierowców.

PRZEWAGA DZIĘKI ‘KNOW-HOW’

Szybki sukces marki nie wziął się z niczego. Flota elektrycznych taksówek ładuje się na stacji EKOEN. To pierwsza w Polsce stacja ładowania pojazdów elektrycznych. Wiedza na temat elektromobilności jest tutaj podstawą skuteczności. Tak naprawdę, większość dealerów samochodowych w Polsce mogłoby spokojnie wybrać się tu na szkolenia.

Elektryczne taksówki z Zielonej Góry to również własna dyspozytornia z infolinią, jazda bez stref oraz ciągły rozwój. Jeżeli taksówka kojarzy Wam się tylko z przewozem osób, to Evity zaskakuje tu po raz kolejny. EvityEats to szeroko pojęta współpraca z zielonogórskimi restauracjami. Zastanawiacie się nad jej plusami?

Elektryczny pojazd przemieszcza się bardzo sprawnie, a także korzysta z wielu przywilejów tj. buspasy, darmowe strefy parkowania w centrum miasta, a także zwroty za przejazdy na wybranych odcinkach autostrad w Polsce.

Nie zapominajmy również o byciu eko! Samochody elektryczne poruszają się w ciszy, nie emitują spalin, a ich ładowanie jest coraz łatwiejsze i szybsze.

Elektryzująco w miasto!

Nasze doświadczenie z marką było naprawdę pozytywne. Mieliśmy okazję odwiedzić stację EKOEN oraz zajrzeć do sali VIP, w której każdy kierowca może odpocząć przy filiżance kawy. Udało nam się również osobiście poznać kilku z nich, no i oczywiście pojeździć w ciszy, zwiedzając kilka charakterystycznych punktów na mapie Zielonej Góry.

Jeżeli jeszcze nie korzystaliście… spróbujcie! Na duży plus zasługuje spójne podejście do kreowania wizerunku marki oraz focus na potrzeby klienta. To wszystko sprawia, że Evity zalicza się do naszej listy inspirujących marek.


Żeby nadal było słodko! Czyli jakie znamy zamienniki cukru?

Cukier nie bez powodu nazywany jest białą śmiercią - odpowiada za wiele chorób i problemów zdrowotnych. Powoduje otyłość, nadciśnienie, stany zapalne, cukrzycę typu 2. Stanowi też przyczynę chorób serca, stresu oksydacyjnego i próchnicy. Nie dostarcza organizmowi żadnych składników odżywczych. Jego spożywanie jednak daje nam dużą przyjemność, dlatego tak często sięgamy po słodycze, czy napoje gazowane. Cukier jest niebezpiecznym uzależniaczem. Najczęściej do żywności dodawany jest w postaci sacharozy, lecz gdy odkryto jej szkodliwe właściwości, zaczęto szukać jej zdrowych zamienników.

FRUKTOZA

Fruktoza nazywana jest też cukrem owocowym bo znajduje się głównie w sokach owocowych i w miodach. Jest ona słodsza od sacharozy więc stała się jednym z lepszych jej zamienników. Niestety czas pokazał, że fruktoza też ma niekorzystny wpływ na ludzki organizm. Przyczynia się do powstawania kamieni nerkowych, dny moczanowej i nadciśnienia tętniczego. Jej obecność na etykiecie któregoś z produktów spożywczych powinna zniechęcić nas do jego zakupu.

SYROP GLUKOZOWO - FRUKTOZOWY

Produkcja syropu glukozowo - fruktozowego jest dużo tańsza od produkcji sacharozy. Dlatego producenci żywności nie żałują nam go w swoich produktach. Niestety, substancja ta, podobnie jak fruktoza, rujnuje nasze zdrowie. Nadmierne spożycie prowadzi do nadwagi, do zaburzeń gospodarki lipidowej, cukrzycy typu 2 i do licznych chorób układu krążenia.

STEWIA

Stewia jest rośliną, która ma nie tylko właściwości słodzące ale i lecznicze. Badania wykazują, że o dziwo, ma prozdrowotne działanie na ludzki organizm. Nie dostarcza dodatkowej energii w diecie, działa przeciwbakteryjnie, przeciwwirusowo i przeciwgrzybiczo. Nie powoduje próchnicy i jest bezpieczna dla chorych na cukrzycę bo nie powoduje gwałtownych zmian stężenia glukozy (ma zerowy indeks glikemiczny). Stewię uznano za substancję bezpieczną dla zdrowia.

POLIALKOHOLE

W dużym skrócie, mogą pozytywnie wpływać na ludzkie zdrowie. Najwięcej korzyści odniesiemy spożywając ksylitol, inaczej cukier brzozowy. Jego słodkość jest na takim samym poziomie jak słodkość sacharozy, a jednak wspiera nasze jelita, mając działanie prebiotczne. Dodaje się go nawet do past do zębów bo nie dość, że nie szkodzi jamie ustnej to jeszcze pomaga ją leczyć. Wykorzystywany jest też w kosmetyce bo ma właściwości nawilżające. Niestety, spożycie zbyt dużej ilości, może powodować efekt przeczyszczający.

ASPARTAM

Aspartam zapewnia bardzo słodki smak nie powodując nadwagi, dlatego jest bardzo popularny u osób na diecie. Niestety jego spożywanie budzi dużo wątpliwości. Może odpowiadać za bóle głowy, zaburzenia pamięci czy depresje. Nie wykluczono też jego działania rakotwórczego. Potrzebne są dalsze badania aby móc wysnuć jednoznaczne wnioski. Obecnie uznany jest on za środek bezpieczny.

Podsumowując, wybierajmy cukier pochodzenia naturalnego oraz substytut o niskim indeksie glikemicznym. Pamiętajmy również, że nasz organizm uzależnia się od cukru, tłuszczu i soli, dlatego nic dziwnego, że znajdziemy ich mnóstwo w najpopularniejszych produktach spożywczych. Być może warto rozważyć odstawienie 'słodzika' na bok i obserwację samego siebie. Podejdźcie do tego, jak do słodzenia herbaty lub kawy. Po krótkim czasie takiego eksperymentu, nie będziecie w stanie posłodzić herbaty nawet miodem.

autor: COŚ UQO - Krzysztof Karwowski

Dlaczego kawa to najpopularniejszy napój świata?

Pijemy ją codziennie, jest inspiracją dla wielu startupów, a ostatnio szczególnie upodobali ją sobie Polacy. Niektórzy nie otworzą oczu bez wypicia małej czarnej lub espresso, a co dopiero z pójściem do pracy. Spożywa ją 90% populacji osób dorosłych. Kawa pobudza nas, ma także wspaniały smak i aromat.

Najszerzej uprawiane oraz najbardziej znane odmiany ziarna to: arabica i robusta.

Liczne badania pokazały, że umiarkowane jej picie (3-4 filiżanki dziennie) jest korzystne dla zdrowia. Dawka dobowa kofeiny, którą możemy przyjąć to 1g. Filiżanka czarnej kawy to od 70 - 140mg kofeiny, dla porównania w butelce 0,33ml Coca - Coli jest jej 45mg.

DZIAŁA KORZYSTNIE NA ORGANIZM CZŁOWIEKA

Kofeina pobudza układ nerwowy i wzmacnia odpowiedź receptorów dopaminy. Dopaminie przypisuje się funkcje przekaźnika przyjemności. Po wypiciu kawy odczuwamy zmniejszenie zmęczenia psychicznego i fizycznego. Kofeina rozszerza naczynia mózgowe, zwiększając dopływ krwi do mózgu, przez co nasze samopoczucie poprawia się. Dzięki piciu tego czarnego napoju polepsza się nam nastrój i jesteśmy bardziej skoncentrowani.

Zmniejsza się też ryzyko występowania depresji, udarów mózgu czy choroby Parkinsona i Alzheimera. Kawosze rzadziej chorują na nowotwory, a to dzięki właściwościom przeciwutleniającym kawy. Pijąc np. espresso, systematyczne, jesteśmy mniej narażeni na choroby serca (w tym zawał) czy cukrzycę typu 2.

Spożywanie kawy nie sprzyja rozwojowi nadciśnienia tętniczego. Jest ona bezpieczna dla całego układu naczyniowo-sercowego. Dopiero dawka kofeiny przekraczająca 600 mg na dzień podnosi lekko mierzone wartości. Jest to jednak efekt łagodny i odwracalny.

ODCHUDZA I UPIĘKSZA

Czarny napar wspomaga również odchudzanie, ponieważ przyśpiesza przemianę materii. Pamiętajmy jednak, że musi to być kawa bez cukru. Kawa znalazła też zastosowanie w kosmetologii. Ma ona wspaniały wpływ na skórę: ujędrnia ją i walczy z cellulitem. Kosmetyki z kofeiną są też bardzo skuteczne w usuwaniu toksyn z organizmu. Pomagają w walce z opuchnięciami pod oczami i ze zrogowaciałym naskórkiem. Drobinki kawy to wspaniały peeling.

Jest ALE...

Na kawę powinny uważać jednak kobiety w ciąży, limit dla nich to 2-3 filiżanki. Ostrożne powinny też być osoby cierpiące na bezsenność, kawa może nasilić ten problem. Jeszcze niedawno popularne było stwierdzenie, że kawa wypłukuje m.in. magnez, wapń czy mangan. Najnowsze badania nie potwierdzają jednak tej teorii. Nie przekraczając dziennej dawki 3 filiżanek czarnego napoju, nie narażamy się na niedobory.

autor: COŚ UQO – Krzysztof Karwowski

Adam Borkowski - Sen o Warszawie

Moja fotografia opiera się na ukazywaniu codzienności Warszawy w niecodzienny sposób. Chcę pokazywać ludziom miasto z tej lepszej strony. To, co tworzę, jest połączeniem dwóch światów: realnego i tego z mojej wyobraźni - pełnego kolorów i świateł. Zależy mi na tym, aby moje zdjęcia były dla oderwaniem od zwykłej, szarej rzeczywistości.

Photo credit: Adam Borkowski
Camera: SONY A7RII


,,Nikt nie dzwoni, telefon milczy'' - Rozmowa o Agnieszce Osieckiej z Beatą Biały

Z pozoru posiadała wszystko, o czym zwykle marzy człowiek. W rzeczywistości natomiast nie było chyba bardziej samotnej poetessy. Do końca swoich dni tęskniła za miłością, ocierając się o nią wiele razy, ale zawsze – bezskutecznie. O Agnieszce Osieckiej rozmawiamy z dziennikarką, psycholożką i autorką bestsellerowej książki ,,Osiecka. Tego o mnie nie wiecie''.

Jak narodził się pomysł na napisanie książki kumulującej wspomnienia o Agnieszce Osieckiej?

Skończyłam właśnie pisać książkę i zrobiła się przestrzeń na kolejną. Moja przyjaciółka Kasia Żak nagrywała właśnie płytę z piosenkami Agnieszki Osieckiej „Miłosna Osiecka”. Wpadała do mnie przed próbą czy spektaklem i wciąż śpiewała: „Lody wanilią pachną” albo „Od czitałej do syrakiuz”. Zawsze były bliskie memu sercu pogmatwane losy poetki, jej nieoczywiste wybory, życiowa szarpanina i nieustanna, niezaspokojona potrzeba znalezienia miłości „na życie całe”. Agnieszka była obecna w moim życiu, zanim ja wkroczyłam w jej. W wykonaniu Kasi było zaś tyle emocji, że znów zaczęłam żyć Osiecką. Chodziły za mną te piosenki, na nowo zaczęłam czytać jej poezję, prozę, Dzienniki… Na premierowym koncercie płyty „Miłosna Osiecka” przepadłam na dobre. I wtedy wydawca zadał pytanie: To kto teraz? Bez namysłu odpowiedziałam: Osiecka! Potem nawet żałowałam, bo trzeba mieć tupet żeby pisać o Agnieszce, sama przecież napisała o sobie wszystko. Ale nie było odwrotu. Schowałam się jednak za moimi rozmówcami. Trudność polegała tym, żeby książka różniła się od poprzednich, opowiedziała o Agnieszce rzeczy, których nikt nie wie, pokazała ją z innej perspektywy. Starałam się dotrzeć do osób, które choć były z nią blisko, nie opowiadały dotąd o swoich relacjach z poetką.

Przeprowadzone rozmowy z pewnością zajęły dużo czasu. Jestem przekonana, że informacji było jeszcze więcej niż mogę podejrzewać. Trudno było wyselekcjonować to, co powinno znaleźć się na kartkach książki?

Miałam dwa wektory. Jeden – żeby historie nie powtarzały się. Dlatego od moich rozmówców brałam najciekawsze anegdoty, najpełniej pokazujące Agnieszkę. Ale ważniejszy był drugi wektor - żeby nie przekroczyć granicy. Agnieszka wprawdzie sama szeroko otworzyła drzwi do swego życia, opisując je w Dziennikach, w swojej prozie, a nawet w piosenkach, jednak chciałam, by uszanować tajemnicę tego, czego sama powiedzieć nie chciała. Bo przy dużej otwartości, najwyraźniej miała ważne ku temu powody. Skupiłam się też na przytoczeniu historii z jej życia, ale zupełnie pozbawionym oceny. Uznałam, że nie mam do tego ani prawa, ani kompetencji, zresztą taki jest mój stosunek do ludzi - nie oceniam, nie krytykuję ich wyborów i zachowań, bo nie jestem na ich miejscu.

Skoro mowa o ludziach – wspomnienia którego rozmówcy poruszyły panią najbardziej?

Każdy z moich rozmówców opowiedział wiele poruszających historii o Agnieszce, bo też jej życie było poruszające, niezwykłe i… smutne. Ten smutek Agnieszki był zresztą dla mnie największym zaskoczeniem. Bo przecież na pozór była szczęściarą - miała urodę, talent, sławę, pieniądze i wolność, o jakiej kobiety wtedy tylko marzyły, była kochana przez przyjaciół, łamała serca mężczyznom, a tak naprawdę była bardzo samotna. Magda Czapińska powiedziała: „Wszyscy zawsze mieliśmy wrażenie, że jest królową życia, że wybiera mężczyzn, a teraz myślę, że była samotna i zziębnięta w środku”. Maryla Rodowicz, zapytana: „Co panią w Agnieszce wzruszało?”, odpowiedziała: „Smutek, jaki miała w sobie. Często była smutna. Nie radziła sobie z miłością, z życiem. Zawsze po uczuciowych turbulencjach, po kolejnym nieudanym związku wracała do mamusi na Saską Kępę. Miała tyle przyjaciółek, którym ocierała łzy, a sama była samotna”. Katarzyna Gartner mówi natomiast: „Mam jej tekst Którędy do miłości. Jak może być szczęśliwym człowiek, który pisze: „Którędy do miłości (...) samotność mnie boli, nadzieja swawoli...”? Ona naprawdę do końca miała nadzieję na miłość!” Rozrywająca serce jest opowieść Jacka Mikuły. Kompozytor wspomina swoje ostatnie spotkanie z Agnieszką na Benefisie Maryli Rodowicz. Odwiózł ją po bankiecie do domu. „W tym samochodzie, z dala od towarzyskich śmichów-chichów, przygasła i zaczęła mnie przekonywać, bym z nią zamieszkał. Nalegała. Zaskoczyła mnie, ale potraktowałem to lekko, jako chwilową fantazję kogoś, kto przesadził z winem. Pomysł był niewykonalny – miałem rodzinę i mieszkałem daleko. Znacznie później uzmysłowiłem sobie, jak bardzo osamotniona musiała się czuć z tą straszną chorobą, jak bardzo chciała mieć przy sobie kogoś...” – wspomina. Manuela Gretkowska, która zaprosiła Osiecką na bankiet z okazji wejścia na polski rynek miesięcznika Elle, pamięta, że Agnieszka przyszła sama. „Latami była gwiazdą. Pod koniec życia czuła się bardzo samotna. Na zawsze zostanie mi w pamięci obrazek z tego przyjęcia sprzed dwudziestu pięciu lat, na które przyszła i z którego wyszła sama”.

Zofia Sylwin, redaktorka radiowej Trójki, wciąż nosi w pamięci smutny obrazek ostatniej Trójkowej Wigilii z Agnieszką. Poetka przyszła uśmiechnięta, rozmawiała, jak gdyby nic i nagle powiedziała do koleżanki: „Wiesz, Zosiu, jestem taka samotna”. „Ty? Agnieszko!” – nie mogła uwierzyć. A ona na to: „Nikt nie dzwoni, telefon milczy”

Poprosiła pani Magdę Czapińską, psycholożkę, poetkę i przyjaciółkę Osieckiej o nakreślenie portretu psychologicznego Agnieszki, na co ona odpowiedziała: „Pani chce uzyskać wzór na Agnieszkę. A tego wzoru nie ma. Ona była niedefiniowalna”. Jak się pani wydaje, czy Agnieszka lubiła samą siebie? Czy mogła być świadoma faktu, że w świecie posłusznych córek, żon i matek, jest prekursorką, uczącą kobiety innego rodzaju kobiecości?

Osiecka wiedziała, że jest inna. Zbyt niezależna i odważna różniła się od kobiet jej pokolenia. Nie liczyła się z opinią innych, z konwenansami, z tym „co ludzie powiedzą”. Robiła to, na co miała ochotę. Żyła jak chciała. Niezależna, odważna, wolna. Inna niż kobiety tamtych lat. Jej życiowe wybory jednych gorszyły, u innych wywoływały zazdrość. I zawsze podlegały ocenie. Agnieszka Osiecka wyprzedziła swój czas o pokolenie. Przetarła szlaki obyczajowe innym kobietom. Wyprzedziła epokę, bo kobiety w tamtych czasach wychodziły za mąż, rodziły dzieci i tkwiły w tych rodzinach do końca, nawet jeśli nie były szczęśliwe. Agnieszka nie. Wiedziała, że nie pasuje do obowiązującego modelu kobiety - córki, żony, matki, ale nie potrafiła zrezygnować z wolności. Mogła zresztą sobie na nią pozwolić. Niezależność finansowa sprawiała, że nie musiała uwieszać się na ramieniu żadnego mężczyzny. Nie potrafiła stworzyć domu. A może po prostu nie chciała. „Normalna rodzina to nie było życie dla Agnieszki. Urodziła się artystką, wolnym duchem (…) To nie była matka, która upierze dziecku skarpetki czy ugotuje obiad, wprowadzi granice i rytuały. Od tego był Daniel.

Świat Agnieszki kręcił się wokół życia artystycznego” - wyjaśnia Barbara Wrzesińska, przyjaciółka Osieckiej. Również reżyserka Olga Lipińska, która przyjaźniła się z poetką jeszcze w czasach licealnych mówi, że w Agnieszce nie było pragnienia posiadania domu. Dobrze jej było w pokoju, który w dzieciństwie urządził jej ojciec. „Nie mogę być ptakiem uwięzionym” – wytłumaczyła jej Agnieszka, a w „Tygrysim tangu” napisała: „Twój dom to klatka, klatka, a ja się duszę w nim. Kobieta, żona, matka - to nie jest dla mnie rym”. „Agnieszka nie była do tego stworzona” – mówi Magda Czapińska, poetka, przyjaciółka Osieckiej. Pamięta tłumaczenie Agnieszki, dlaczego nie udało się jej być przykładną żoną i czułą matką: „Może byłabym, gdybym umiała. Może gotowałabym tę pomidorową w tym domu, ale nie umiałam”. I choć wiedziała, że Agata jest nieszczęśliwa z tego powodu, nie mogła wytrzymać stabilizacji. „Bo mnie peszą poważne zamiary i długie życie zgięte w pół. Ach, łoże, łoże, stół… Może jestem jak but nie do pary, a może z górki pędzę w dół…” – napisała w wierszu „Serdeczny mój”. „Agnieszka ciągle wychodziła, uciekała i żyła, jak chciała, ciekawa ludzi, ich historii, ich uczuć, opowieści, anegdot, płaczu, nieszczęść i szczęść (…) Przychodziła, wychodziła. Tak, jak wychodziła ze swoich urodzin, tak wychodziła z ciepła, bo było za ciepłe, z małżeństwa, bo stabilizacja usypiała jej uczucia, z miłości, bo było zbyt słodko, z macierzyństwa, bo miała poczucie winy. Nie mogła wytrzymać i wychodziła. Miała jak kot, swoje ścieżki” – uważa Krystyna Janda. Wciąż gnała za czymś, czego złapać nie może. Mężczyzna, który był gotowy na życie aż po grób, przestawał ją interesować.

Podczas pracy nad książką nie tylko rozmawiała pani z bliskimi Osieckiej, ale również odwiedzała miejsca poetce bliskie. Podejrzewam, że to zbliża do bohaterki, o której aktualnie się pisze... Poczuła pani jakiś wspólny mianownik, cechę, która Was łączy?

I przeraziłam się. Bo zdałam sobie sprawę z tego, że podobnie jak Agnieszka mam problem z miłością. I że muszę coś zmienić, jeśli nie chcę skończyć samotna, jak ona. Życie uczuciowe Agnieszki jest dla mnie wielką lekcją, jakich miłości unikać. Agnieszka na przykład bezgranicznie i bezrozumnie zakochała się w pewnym Zbyszku, znacznie od niej młodszym, o którym mówiła: „mężczyzna, który nigdy nie zaprosił mnie na święta do swojej matki”. Czy pani to sobie wyobraża?! Byli razem 14 lat! „Jak potępieniec kochałam przez czternaście lat jednego Zbyszka. Byłam już dorosła, miałam za sobą dorobek, jakąś popularność, osobowość, która się ludziom podoba. Ja dla Zbyszka zrobiłabym wszystko. I wszystko bym zostawiła. Niestety, nie miałam szansy się poświęcić” – napisała w „Rozmowach w tańcu”. Czy pani wie, że tak naprawdę Agnieszka całe życie szukała miłości, takiej „na życie całe” i mężczyzny, przy którym „się zestarzeję i przy kim mi nie będzie wstyd”? I umarła… samotna.

Katarzyna Gartner stwierdziła w rozmowie z panią, że Osiecka nie umarła na raka – Ona umarła z braku miłości. Można powiedzieć, że uschła jak kwiat. Wyśniła sobie partnera, którego później szukała w każdym pokochanym przez siebie mężczyźnie. Nigdy go nie odnalazła... To takie abstrakcyjne, można powiedzieć – przecież Osiecka nie mogła opędzić się od mężczyzn! Jak skomentować fakt, że Osiecka śniła o miłości każdej nocy, a nigdy nie zaznała jej tak, jakby tego chciała?

Powiedziała jeszcze: „W swej istocie jej życiorys to dramat. Oto losy kobiety, która całe życie szukała miłości, i na ten brak miłości umarła”. No właśnie, kochali się w niej najważniejsi, najbardziej pożądani mężczyźni tamtych lat. „Ktoś kiedyś powiedział złośliwie o Agnieszce, że sypiała z pierwszym rzędem historii. Kochali się w niej najwięksi tego kraju. Chociaż... „kochali” to może za dużo powiedziane – przeżywali z nią fascynujące epizody. To ona była wiecznie zakochana, zwykle nieszczęśliwie – powiedziała mi Krystyna Janda. Jest przekonana, że mężczyznom imponowała inteligencja Agnieszki... połączenie urody z inteligencją, wyobraźnią i piekielnym talentem.

Co - według pani - jest w Agnieszce najbardziej fascynujące?

Myślę, że jej pogmatwane wnętrze i szalone życie. Agnieszka w miłości nie kalkulowała, szła jak w dym, tyle że potem zostawała z tego uczucia tylko garstka popiołu. I oczywiście fascynujący był talent Osieckiej. Michał Kott powiedział, że była najbardziej utalentowaną osobą, jaką w życiu spotkał. I trudno się z nim nie zgodzić. Tego talentu jej zazdroszczę.

Z książki pani autorstwa można łatwo wywnioskować, że Osiecka była wspaniałą przyjaciółką, ale jednak przez każdego zapamiętaną inaczej. Jak to możliwe, że było tyle Agnieszek w jednej tylko Agnieszce?

Sama Agnieszka pisała o sobie: „Jaka ja byłam, nie wie nikt, kogo lubiłam, nie wie nikt…”. Magda Czapińska powiedziała, że Agnieszka była jak lustro, w którym odbija się świat ze wszystkimi jego barwami i emocjami. Kiedy po jej śmierci to lustro rozpadło się na tysiące kawałeczków, każdy z jej przyjaciół, bliskich i znajomych zachował swój kawałek i widzi Agnieszkę w taki sposób, w jaki sam postrzega świat. Każdy opowie inną historię - wspomni o innych rzeczach, co innego zauważy. Bo każdy znał inny kawałek Agnieszki. Była jak kameleon. Hanna Bakuła powiedziała na przykład, że Agnieszka potrafiła być zwariowana i szalona, ale sama Hanka jest jak kolorowy motyl i być może wciągnęła Agnieszkę w ten swój barwny świat. Zupełnie inną relację poetka miała z Magdą Czapińską, Krystyną Jandą czy Magdą Umer. Starałam się pozbierać te rozbite kawałki lustra. Ale czy to w ogóle możliwe?

Rozmawiała: Aleksandra Kucza